![]() Arkadiusz Frania, poeta, krytyk literacki afrania@poczta.onet.pl „Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka” Na chwilę, tylko na chwilę, humor poprawia mi biała kawa. Jakie dziwaczne nazwanie – „biała kawa”; po prostu cholerna czarna kawa z odrobiną mleka lub śmietanki. „Ciemnobrązowa kawa” – tak brzmiałoby zdecydowanie lepiej. Lepiej dla kogo? Lepiej dla zasady decorum, dla zasady „odpowiednie dać rzeczy słowo”. Widzimy, dostrzegamy, ale nazywamy bez większego sensu. Wszystko zmienia swoją pierwotną treść. Nic nie ma swojego dawnego znaczenia. Ciągłe, przeciągłe metamorfozy bez filozofii, bez idei przewodniej, bez refrenu. Agatka założyła bluzkę w deseń parasolki. W tygryska. Przystępu do Agatki nie ma Armagedon, Beliar i Astaroth. W domu jednak kataryna. Leci z nosa rzadki, wodnisty katar. *** Zrobiło się zimno. Połacie śniegu usztywniły trawę jak gobelin. Odczułem wiatr, który przesunął mi brzytwę mrozu, kąśliwego frontu atmosferycznego po policzkach, niemal zeskrobał naskórek. Szedłem do sklepu po piwo. Cztery puste butelki stukały w reklamówce. Szkło ma kruchy, ale głośny byt, jeśli go nie objąć w gazety codzienne. Te są z papieru, a nie z lakierowanego surowca, po którym ślizgają się ważne sprawy: opryszczka, krzywe prącie, dieta, kochanek z wakacji. Przy lodówce z browarem nie mogłem się zdecydować. Mam kłopoty z wyborem drogi. Kiedy otwierałem drzwiczki, przeleciało mi przez głowę: za szybą jest piekło. Ocknąłem się, zapłaciłem i wyszedłem na zimno. *** Dnia szesnastego stycznia dwa tysiące ósmego roku spotkałem się z Rafałem „Jeżykiem” Kasprzakiem na kawce i herbatce w „Cafe Bianco” w Częstochowie. Widujemy się coraz częściej. Ostatnio miałem katar i bardzo napuchły mi oczy od dymu. Nie palę, nie paliłem, ale lubię aromat żarzącego się tytoniu. Z trudem podniosłem mosiężne krzesło. Zaszurało. Jeżyk siadł na kanapie, położył na kolanach torbę, rozsunął ją, jak zamek w sukience dziewczyny, i wyciągnął podarek dla mnie: czarny worek na trupa i wąski pasek (identyfikator), który oplata nadgarstek zmarłego. Odczytałem drobny druk z kwestionariusza śmierci: „nazwisko”, „łóżko”, „płeć”, „data”. Od razu zrobiło mi się lepiej. Mój kolega jest dobrym człowiekiem. Mój kolega jest poetą i pracuje w prosektorium. *** Byłem u Jacka Durskiego w Sosnowcu na początku stycznia dwa tysiące ósmego roku. Na ulicy Czystej. Wejście od ulicy Krzywej, ale prosto udało mi się trafić, właściwie: traffic, gwar miejski, samochody i ludzie (nie chcę samochodów i ludzi), i chłód. Zima nabiera ciała, pręży się wściekła, spóźniona chce nadrobić stracony ciepłem czas. Jacek Durski jest pisarzem całym swoim jestestwem. Odkąd odkryto w nim talent, w który uwierzył, stał się zwierzęciem literackim, cudną hieną artystyczną, pożeraczem życia i rzeczywistości. Pisarz walczy z kamieniem. Między jednym a drugim łykiem herbaty gorzkiej (obaj nie słodzimy) wychodzi do łazienki, by urodzić skamielinę żrącą nerkę. Opłukana grudka, opiłek, kryształek złotego bólu stanowi przedmiot naszego podziwu. Kończę wizytę. Zbieram materiały do książki o Jacku Durskim. Boli mnie głowa, ale nie chce mi się jeść. Pisarz mówi o wielkiej miłości, o swoim pożądaniu, podnieceniu i rozterkach. O tworzeniu. O szczęściu bycia pisarzem. Czy uda mi się otrząsnąć z tej literatury? Skończenie i wydanie książki o nim pozwoli mi na zajęcie się sobą: pisanie wierszy. Jacek Durski gromadzi zapiski, tysiące drobiazgów. Posegregowane życie, przeszłość według tematów, ludzi, miejsc, zdarzeń. Skatalogowane „byłem” w folderach, w żółtych teczuszkach, które pisarz przenosi z pamięci. Jacek Durski jest odszczepieńcem, odmieńcem, cholerykiem literatury, jej najsłodszym gwałcicielem. *** W słoneczny dzień podniosłem wszystkie rolety w pokoju. Promienie wpadały jak wściekłe, nie mogły się zorientować w odległościach między mną a iskierkami na brązowych załomach daszku stabilnych mebli. Żeby to ogarnąć, objąć, mógłbym zamknąć oczy, ale postanowiłem zapalić lampkę nocną. Agatka duma o czymś, gdy sączy wino z kielicha i układa pasjansa. Szept niewyraźny, coś jakby: „I się skichało”. *** Po kilku latach wreszcie poszedłem do spowiedzi. W pierwszy piątek miesiąca, przed drogą krzyżową dla dzieci. Wyznałem wszystkie dwa swoje grzechy i poczułem się wolny, by grzeszyć dalej. Teraz dopiero będą smakować występki, zakazane gesty i słówka. Wcześniej, o trzynastej, miałem zawroty głowy i prawie zemdlałem. Rozrywało mi zatoki i schodził katar zielony jak niedojrzałe gruszki. *** Nerwy popalone jak końcówki włosów po trwałej ondulacji. Wspomnienie: na pierwszym roku studiów filologicznych ze swoją przyszłą żoną, już wtedy narzeczoną, poszedłem na promocję książki poetyckiej Ludmiły Marjańskiej „Prześwit”. Starsza, dystyngowana pani, którą zaczęła wielbić Częstochowa i urzędnicy, dając temu wyraz poprzez organizowanie cyklicznych spotkań autorskich i jubileuszów w teatrze miejskim. Po imprezie w kilka osób poszliśmy na piwo. Wpadłem na pomysł, by zapalić sobie włosy, na niby, dla żartu, dla ubawu, dla braw. Za blisko jednak przystawiłem zapalniczkę i kłaki przyjęły ogień, topiły się, a smród był duży. Ugasiłem akcję piwem. Chcieli mnie wyrzucić z lokalu. *** Przyszedłem z pracy do domu, zrobiłem sobie kawę i zamiast skończyć pisanie artykułu drzemałem jak ostatni jełop. *** Naciąłem sobie skórę lewej dłoni nożem do sera, tą częścią zwaną „piłką”. Wydawało mi się, że jest tępa, ale franca pociągnęła pory, zburzyła linie papilarne. Zobaczyłem pulchną i rosnącą samoczynnie kroplę krwi, taką samą kiedyś widziałem po biesiadzie komara z udziałem mojego cholesterolu. Nie wiem, po co to opisuję, chyba po to, żeby dać sygnał. Czerwone światło na przejściu dla pieszych, gdy wysiadła instalacja. *** Pisanie recenzji i szkiców (działalność krytycznoliteracka) jest z całą pewnością dla ludzi odważnych, skazanych, kamikadze, masochistów. Stało się dotykaniem gorącego garnka. Każdy chciałby, ale wielu ma wyobraźnię i rozsądek, antycypuje oparzenie, więc cofa rękę. Krytyk, oczywiście, również przewiduje, ale ubóstwia ból. Pęcherz nabrzmiewa, płyn przemyśleń rozszerza tkanki. Przebijam bąble, mam tekst. *** W pubie „Oslo” skrywam się z Agatką przed żarem jak przed deszczem. Ofelia na pewno utopiła się w kadzi. Jezioro z piwa oblało obolałe ciało, skóra marszczyła się i wygładzała, kobiecość sprężynowała i trwała poza życiem doczesnym. Znane są przecież kosmetyczne skutki używania cudów browarniczych. *** Człowiekiem męskim od pierwotnych czasów władało i wciąż włada jedno pragnienie: zrobić sobie na świecie dobrze. Ubić mamuta, żeby ujarzmić demona żołądka, lub kupić w promocji dziesięciopak piwa w markecie Lidla. Przydybać pochyloną nad zdechłym mamutem babę z szerokim zadem, by rozpuścić w niej życie, lub wpatrywać się w dekolt dziewczyny, która rozkoszuje się ciastkiem przy sąsiednim stoliku kawiarni „Skrzynka”. Wyczyścić strzępy skóry mamuta narzucone na ramiona lub przetrzeć buty pastą kiwi, by mężczyzna miał wygląd i połysk, liczył się w stadzie lub korporacji. Człowiek męski jest ograniczony, jeśli nie pojmie, iż w tych zjawiskach, okolicznościach, w tym po wielokroć „lub”, formułuje się świętość, sen słodki. *** Współżycie. Współegzystencja. Współczucie. Nie jesteśmy samotnikami. Wychodzimy z człowieka. Wchodzimy w człowieka. Poza tym nic, bo każda interpretacja jest nadinterpretacją. Duch jest dmuchanym łóżkiem nadziewanym wypustkami z ołowiu, na którym nie mogę się ułożyć. Podtrzymuję się na duchu. Kwitnę w świetle z żarówek, zakładając, że ulgę przynosi wszystko, co mnie spotyka. Ponaglam myśli, stawiam wymagania, podpowiadam, podczytuję wiersze o aniołach i piję gorzką kawę z cukrem. *** Prowadzę ostrożną grę w zatapianie rzeczywistości. Piwo, piwo, piwo. Z butelki. Najwybitniejszym osiągnięciem techniki dwudziestego wieku jest odkręcany kapsel. Zielone szkło doskonale pasuje do dłoni, komponuje się. Jak rewolwer wibruje pod palcem wyżłobienie „c” – „a” – „r” – „l” – „s” – „b” – „e” – „r” – „g” – „b” – „e” – „e” – „r”. Producent pisze do mnie miłosne listy z wykorzystaniem pisma punktowego, które stworzył ociemniały Francuz Ludwik Braille. Producent wysyła do mnie epistoły, pachnące niewdzięcznością i rozgoryczeniem. *** Rafał „Jeżyk” Kasprzak zadzwonił kilka minut po dwudziestej pierwszej. Palił papierosa. Czułem tytoń i Paryż oraz trzaskanie drzwiami Škody. Zdyszany chłopak skończył masaże. Donosił, że jeden poeta może jednak wyda tomik. Ucieszyłem się, bo zwykłem cieszyć się, gdy ktoś, szczególnie kolega, dzieli się z ludźmi, co tam ludzie, ze mną swoim życiem, humorami, wódką pływającą w wannie jak sakrament. Jeżyk był zdenerwowany. W dzień ustawowo wolny od pracy na jego prywatny numer telefonu dzwoniły rodziny zwłok i dopraszały się namolnie o wydanie kokonów, z których odeszły odruchy świadome i dusze. Jeżyk nie odmawia, bo jest ciepły, choć na co dzień dotyka metafizycznego mrozu narzędzi prosektoryjnych. *** Przy obiedzie nie daję odpocząć. Najpierw przy gotowaniu i krojeniu warzyw taka wiązanka: „Wybrałem numer. Zatwierdziłem. Czasowniki rzeczowe mkną przez te zdania. Dzwonię. Połączenie się realizuje. Operator będzie zarabiał. Połączenie się realizuje jednostronnie. Ja chcę słyszeć, ktoś nie chce mówić. Sygnał nieodbioru. Dwadzieścia sekund mija. Telefon się męczy. Odrzuca mnie aparatura. Operator nie zarobi. Starła się powłoka komórki. Przyciskam czerwoną słuchawkę i zastanawiam się, jaki teraz wybrać numer. Kończą się era i nokia. Początek rozmów na migi”. Potem bawię się w „atlas polityczny świata”. Zadaję pytanie: „Jaka jest stolica Paragwaju?” Wszyscy zamilkli, kiwając głowami. Równolegle z tymi zdarzeniami we mnie horyzont się ścieśnia i rozciąga. Migają pod powiekami granice, szlabany, kontrola celna, wizy, bagaż podręczny, terroryzm i zmiana czasu oraz temperatury, a także żywienia. Agatka podskoczyła w rytm salsy i radośnie opowiedziała się po stronie wiedzy: „Wiem, co jest stolicą Paragwaju. Attention: Asuncion! Uczyłam się tego trzy miesiące”. „Dobrze, Agatko, a teraz mi powiedzcie, co jest stolicą Tadżykistanu?” Agatka przełyka ostatni kęs schabowego, a Krzysiek proponuje po obiedzie wypić kawę. „Areczku, zrobisz kawę?” *** Po Krakowskiej Nocy Poetów siedzimy na Rynku Głównym, po jednej ze stron Pomnika Mickiewicza Adama, przy stoliku w ogródku restauracji, której nazwy nie pamiętam. Maria Duszka zamówiła herbatę i kawałek tortu czekoladowego, ja z Ryśkiem Sidorkiewiczem po piwie. Jeżyk kawę, a Agatka colę na odkażenie, odrdzewienie jelit i grzane wino na tychże rozgrzanie. Wina nie ma, więc prosi o nalewkę wiśniową, którą kelnerzy pół godziny wygrzebują z piwnicy. Rozmawiamy i czekamy na upływ czasu. Zjawia się poeta i krytyk literacki Janusz Orlikowski po kilku głębszych, ale czuwający, na straży literatury, komunikatywny. Prosi o piwo i odpowiada na pytania, które nie miały zamiaru paść. Wtedy Duszka jest już nieobecna (słucha Wolnej Grupy Bukowiny pod sceną, więc szybko nie wróci), przybysz wyjada zatem z talerza poetki resztki czerstwego ciasta, wypala dwa papierosy („cudzesy” z filtrem) i się ulatnia na pociąg do Herbów. Czy w lokalu, gdzie toaleta kosztuje dwa złote bądź jedno euro, można napisać wiersz? Takie pytanie również nie padło, ale droga do WC była uroczyście wyściełana czerwonym dywanem i inkrustowana zapachem wyższych sfer, czyli pijackim moczem. Po kilku dniach Jeżyk powiedział, że Janusza wykołował rozkład pociągów. Ciuchcia odjechała z niewłaściwego peronu, więc poeta znalazł się w Dobrodzieniu przy ulicy Chłopskiej dopiero o ósmej dnia następnego. Obiecałem, że napiszę recenzję jego ostatniej książki „Status poety”, ale póki co nie golę się już trzecią dobę, drapię krosty i roznoszę po całej twarzy. *** Częstochowa. Sierpień. Cierpień. Pomyłka psychologicznie konieczna. Pielgrzymki, szarfy, śpiew, służba medyczna. Upał. Otwarte okna i drzwi na balkon. Myślę: „Oni są wielcy. Złapali Miloševicia, Husseina i Karadżicia. A ja nie umiem dorwać muchy. Zawsze szybszej o błysk oka, machnięcie skrzydełkami, które prowadzą wprost do spokoju”. „Dlaczego zabrał cię smutek?” – pyta Agatka i chrupie lub gryzie krakersy z dżemem truskawkowym. |