Arkadiusz Frania, poeta, krytyk literacki

         Urodził się 04.05.1973 r. w Przechlewie (obecnie woj. pomorskie). W 2003 r. uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa (Uniwersytet Śląski) na podstawie rozprawy „Powojenne dyskusje nad pozytywizmem. 1944/45- 1948/49”
Wiersze, szkice i recenzje zamieszczał m.in. w „Odrze”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Opcjach”, „Pograniczach”, „Tyglu Kultury”, „Frondzie”, „Magazynie Literackim”, „Akancie”, „Arkuszu”, „Poezji dzisiaj”, „Nowym Wieku”, „Ruchu Literackim”, „Pamiętniku Literackim”, „Aspektach Filozoficzno-Prozatorskich”.
Wydał cztery zbiory poetyckie: na przykład mnie nie ma (1994, 1996), powiedz mi siebie (1995, 1996), na zimnym uczynku (1999), ale się nie budzę (2004), jedną książkę prozatorską Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka (2010), oraz cztery tomy krytycznoliterackie: «Solidne niefarbowane retro». O poezji Tadeusza Gierymskiego (2004), Strażnicy i najeźdźcy. Zjawiska we współczesnej poezji regionu częstochowskiego (2005), Poświatowska, Marjańska, Cichla-Czarniawska. Trzy szkice typu ziemia-ziemia-ziemia (2007), Lipton story. Esencje krytyczne o sztuce pisarskiej Jacka Durskiego (2009). Mieszka w Częstochowie.

   afrania@poczta.onet.pl



„Jestem pomysłem Pana Boga na człowieka”
(fragmenty)

Na chwilę, tylko na chwilę, humor poprawia mi biała kawa. Jakie dziwaczne nazwanie – „biała kawa”; po prostu cholerna czarna kawa z odrobiną mleka lub śmietanki. „Ciemnobrązowa kawa” – tak brzmiałoby zdecydowanie lepiej. Lepiej dla kogo? Lepiej dla zasady decorum, dla zasady „odpowiednie dać rzeczy słowo”. Widzimy, dostrzegamy, ale nazywamy bez większego sensu. Wszystko zmienia swoją pierwotną treść. Nic nie ma swojego dawnego znaczenia. Ciągłe, przeciągłe metamorfozy bez filozofii, bez idei przewodniej, bez refrenu. Agatka założyła bluzkę w deseń parasolki. W tygryska. Przystępu do Agatki nie ma Armagedon, Beliar i Astaroth. W domu jednak kataryna. Leci z nosa rzadki, wodnisty katar.

Cień Ara oznajmił do wewnątrz, że trzeba się uśmiechnąć. Nie uśmiechnął się jednak, mimo obietnicy, bo gryzł go smutek.



***

Zrobiło się zimno. Połacie śniegu usztywniły trawę jak gobelin. Odczułem wiatr, który przesunął mi brzytwę mrozu, kąśliwego frontu atmosferycznego po policzkach, niemal zeskrobał naskórek. Szedłem do sklepu po piwo. Cztery puste butelki stukały w reklamówce. Szkło ma kruchy, ale głośny byt, jeśli go nie objąć w gazety codzienne. Te są z papieru, a nie z lakierowanego surowca, po którym ślizgają się ważne sprawy: opryszczka, krzywe prącie, dieta, kochanek z wakacji. Przy lodówce z browarem nie mogłem się zdecydować. Mam kłopoty z wyborem drogi. Kiedy otwierałem drzwiczki, przeleciało mi przez głowę: za szybą jest piekło. Ocknąłem się, zapłaciłem i wyszedłem na zimno.

Cień Ara patrzył z podziwem, jak Ar otwiera puszkę sardynek na prośbę głodową Żony Ara. Z przeciętego palca lewej ręki wypłynęło tak mało krwinek, że nie warto kontynuować tego wątku.



***

Dnia szesnastego stycznia dwa tysiące ósmego roku spotkałem się z Rafałem „Jeżykiem” Kasprzakiem na kawce i herbatce w „Cafe Bianco” w Częstochowie. Widujemy się coraz częściej. Ostatnio miałem katar i bardzo napuchły mi oczy od dymu. Nie palę, nie paliłem, ale lubię aromat żarzącego się tytoniu. Z trudem podniosłem mosiężne krzesło. Zaszurało. Jeżyk siadł na kanapie, położył na kolanach torbę, rozsunął ją, jak zamek w sukience dziewczyny, i wyciągnął podarek dla mnie: czarny worek na trupa i wąski pasek (identyfikator), który oplata nadgarstek zmarłego. Odczytałem drobny druk z kwestionariusza śmierci: „nazwisko”, „łóżko”, „płeć”, „data”. Od razu zrobiło mi się lepiej. Mój kolega jest dobrym człowiekiem. Mój kolega jest poetą i pracuje w prosektorium.

Cień Ara był zmęczony, ale Ar postanowił obejrzeć film o Amazonce. Obaj leżeli w ciepłym łóżku.



***

Byłem u Jacka Durskiego w Sosnowcu na początku stycznia dwa tysiące ósmego roku. Na ulicy Czystej. Wejście od ulicy Krzywej, ale prosto udało mi się trafić, właściwie: traffic, gwar miejski, samochody i ludzie (nie chcę samochodów i ludzi), i chłód. Zima nabiera ciała, pręży się wściekła, spóźniona chce nadrobić stracony ciepłem czas. Jacek Durski jest pisarzem całym swoim jestestwem. Odkąd odkryto w nim talent, w który uwierzył, stał się zwierzęciem literackim, cudną hieną artystyczną, pożeraczem życia i rzeczywistości. Pisarz walczy z kamieniem. Między jednym a drugim łykiem herbaty gorzkiej (obaj nie słodzimy) wychodzi do łazienki, by urodzić skamielinę żrącą nerkę. Opłukana grudka, opiłek, kryształek złotego bólu stanowi przedmiot naszego podziwu. Kończę wizytę. Zbieram materiały do książki o Jacku Durskim. Boli mnie głowa, ale nie chce mi się jeść. Pisarz mówi o wielkiej miłości, o swoim pożądaniu, podnieceniu i rozterkach. O tworzeniu. O szczęściu bycia pisarzem. Czy uda mi się otrząsnąć z tej literatury? Skończenie i wydanie książki o nim pozwoli mi na zajęcie się sobą: pisanie wierszy. Jacek Durski gromadzi zapiski, tysiące drobiazgów. Posegregowane życie, przeszłość według tematów, ludzi, miejsc, zdarzeń. Skatalogowane „byłem” w folderach, w żółtych teczuszkach, które pisarz przenosi z pamięci. Jacek Durski jest odszczepieńcem, odmieńcem, cholerykiem literatury, jej najsłodszym gwałcicielem.

Cień Ara odniósł wrażenie, że Arowi szumi w głowie. Ten bowiem wypił dwa piwa i kieliszek pieprzówki. Mimo to dzień trzeba było zaliczyć do nietkniętych i niezinterpretowanych.



***

W słoneczny dzień podniosłem wszystkie rolety w pokoju. Promienie wpadały jak wściekłe, nie mogły się zorientować w odległościach między mną a iskierkami na brązowych załomach daszku stabilnych mebli. Żeby to ogarnąć, objąć, mógłbym zamknąć oczy, ale postanowiłem zapalić lampkę nocną. Agatka duma o czymś, gdy sączy wino z kielicha i układa pasjansa. Szept niewyraźny, coś jakby: „I się skichało”.

Cień Ara przyglądał się, gdy Ar zamieszał kawę na dnie jakby wypłukiwał grudki złota z błotnistej lawy.



***

Po kilku latach wreszcie poszedłem do spowiedzi. W pierwszy piątek miesiąca, przed drogą krzyżową dla dzieci. Wyznałem wszystkie dwa swoje grzechy i poczułem się wolny, by grzeszyć dalej. Teraz dopiero będą smakować występki, zakazane gesty i słówka. Wcześniej, o trzynastej, miałem zawroty głowy i prawie zemdlałem. Rozrywało mi zatoki i schodził katar zielony jak niedojrzałe gruszki.

Cień Ara zwątpił, czy w ten weekend Ar poprawi sobie humor w inny sposób, niż wypicie dobrze schłodzonych piw pszenicznych.



***

Nerwy popalone jak końcówki włosów po trwałej ondulacji. Wspomnienie: na pierwszym roku studiów filologicznych ze swoją przyszłą żoną, już wtedy narzeczoną, poszedłem na promocję książki poetyckiej Ludmiły Marjańskiej „Prześwit”. Starsza, dystyngowana pani, którą zaczęła wielbić Częstochowa i urzędnicy, dając temu wyraz poprzez organizowanie cyklicznych spotkań autorskich i jubileuszów w teatrze miejskim. Po imprezie w kilka osób poszliśmy na piwo. Wpadłem na pomysł, by zapalić sobie włosy, na niby, dla żartu, dla ubawu, dla braw. Za blisko jednak przystawiłem zapalniczkę i kłaki przyjęły ogień, topiły się, a smród był duży. Ugasiłem akcję piwem. Chcieli mnie wyrzucić z lokalu.

Cień Ara nie lubił podróży, zupełnie jak sam Ar. Siedzieli więc obaj w domu i nie wybierali się nigdzie, i nie wypierali się siebie.



***

Przyszedłem z pracy do domu, zrobiłem sobie kawę i zamiast skończyć pisanie artykułu drzemałem jak ostatni jełop.

Cień Ara asystował. Gdyby miał choć namiastkę ciała, nawet kilka rozpadających się tkanek i włókien, stałby się przynajmniej widoczny i słuchany w tym rozkładzie. Cień Ara cierpiał na rzadką przypadłość: „pusty głos”.



***

Naciąłem sobie skórę lewej dłoni nożem do sera, tą częścią zwaną „piłką”. Wydawało mi się, że jest tępa, ale franca pociągnęła pory, zburzyła linie papilarne. Zobaczyłem pulchną i rosnącą samoczynnie kroplę krwi, taką samą kiedyś widziałem po biesiadzie komara z udziałem mojego cholesterolu. Nie wiem, po co to opisuję, chyba po to, żeby dać sygnał. Czerwone światło na przejściu dla pieszych, gdy wysiadła instalacja.

Cień Ara przeszedł dreszcz i naszła go ochota na piwo pszeniczne.



***

Pisanie recenzji i szkiców (działalność krytycznoliteracka) jest z całą pewnością dla ludzi odważnych, skazanych, kamikadze, masochistów. Stało się dotykaniem gorącego garnka. Każdy chciałby, ale wielu ma wyobraźnię i rozsądek, antycypuje oparzenie, więc cofa rękę. Krytyk, oczywiście, również przewiduje, ale ubóstwia ból. Pęcherz nabrzmiewa, płyn przemyśleń rozszerza tkanki. Przebijam bąble, mam tekst.

Cień Ara dowiedział się, że picie kawy z mlekiem bądź śmietanką jest niekorzystne, więc Ar postanowił zrobić sobie dużą czarną. Z każdym kolejnym łykiem coraz delikatniej się otrząsał, organizm zdecydowanie lepiej przyswaja słodkie płyny.



***

W pubie „Oslo” skrywam się z Agatką przed żarem jak przed deszczem. Ofelia na pewno utopiła się w kadzi. Jezioro z piwa oblało obolałe ciało, skóra marszczyła się i wygładzała, kobiecość sprężynowała i trwała poza życiem doczesnym. Znane są przecież kosmetyczne skutki używania cudów browarniczych.

Cień Ara na wystawie sklepu odzieżowego przy Alei Kościuszki zobaczył ogłoszenie: „Sprzedam manekiny sklepowe”. Wystraszony śledził wzrok Ara. Na szczęście Ar nie zauważył oferty. Cień Ara cieszył się. Niepotrzebny był w domu Ara kolejny totem Ara. Cień Ara nigdy się nie przyzna, że był zazdrosny i niespokojny o przyszłość.



***

Człowiekiem męskim od pierwotnych czasów władało i wciąż włada jedno pragnienie: zrobić sobie na świecie dobrze. Ubić mamuta, żeby ujarzmić demona żołądka, lub kupić w promocji dziesięciopak piwa w markecie Lidla. Przydybać pochyloną nad zdechłym mamutem babę z szerokim zadem, by rozpuścić w niej życie, lub wpatrywać się w dekolt dziewczyny, która rozkoszuje się ciastkiem przy sąsiednim stoliku kawiarni „Skrzynka”. Wyczyścić strzępy skóry mamuta narzucone na ramiona lub przetrzeć buty pastą kiwi, by mężczyzna miał wygląd i połysk, liczył się w stadzie lub korporacji. Człowiek męski jest ograniczony, jeśli nie pojmie, iż w tych zjawiskach, okolicznościach, w tym po wielokroć „lub”, formułuje się świętość, sen słodki.

Cień Ara wzniósł się na wyżyny Cień-kiego intelektu i skrócił dystans do Ara, gdy zszedł na niego jak obrazek na obrazek.



***

Współżycie. Współegzystencja. Współczucie. Nie jesteśmy samotnikami. Wychodzimy z człowieka. Wchodzimy w człowieka. Poza tym nic, bo każda interpretacja jest nadinterpretacją. Duch jest dmuchanym łóżkiem nadziewanym wypustkami z ołowiu, na którym nie mogę się ułożyć. Podtrzymuję się na duchu. Kwitnę w świetle z żarówek, zakładając, że ulgę przynosi wszystko, co mnie spotyka. Ponaglam myśli, stawiam wymagania, podpowiadam, podczytuję wiersze o aniołach i piję gorzką kawę z cukrem.

Cień Ara usłyszał zgrzytanie zębów. To Ar zgrzytał zębami, czym doprowadzał do szału Żonę Ara.



***

Prowadzę ostrożną grę w zatapianie rzeczywistości. Piwo, piwo, piwo. Z butelki. Najwybitniejszym osiągnięciem techniki dwudziestego wieku jest odkręcany kapsel. Zielone szkło doskonale pasuje do dłoni, komponuje się. Jak rewolwer wibruje pod palcem wyżłobienie „c” – „a” – „r” – „l” – „s” – „b” – „e” – „r” – „g” – „b” – „e” – „e” – „r”. Producent pisze do mnie miłosne listy z wykorzystaniem pisma punktowego, które stworzył ociemniały Francuz Ludwik Braille. Producent wysyła do mnie epistoły, pachnące niewdzięcznością i rozgoryczeniem.

Cień Ara był na promocji książki Marka Nowakowskiego „Psie Głowy” w Miejskiej Galerii Sztuki w Częstochowie i przez prawie trzy godziny ignorował Ara, który robił zdjęcia Rafałowi „Jeżykowi” Kasprzakowi, prowadzącemu spotkanie z pisarzem. Lekceważący stosunek Arowego Cienia do desygnatu miał swój finał: Cień Ara zdychał, tak mu było sucho w gardle, choć nie pił dzień wcześniej, a Żona Ara popijała drobnymi łyczkami wodę Jurajską jakby nigdy wszystko.



***

Rafał „Jeżyk” Kasprzak zadzwonił kilka minut po dwudziestej pierwszej. Palił papierosa. Czułem tytoń i Paryż oraz trzaskanie drzwiami Škody. Zdyszany chłopak skończył masaże. Donosił, że jeden poeta może jednak wyda tomik. Ucieszyłem się, bo zwykłem cieszyć się, gdy ktoś, szczególnie kolega, dzieli się z ludźmi, co tam ludzie, ze mną swoim życiem, humorami, wódką pływającą w wannie jak sakrament. Jeżyk był zdenerwowany. W dzień ustawowo wolny od pracy na jego prywatny numer telefonu dzwoniły rodziny zwłok i dopraszały się namolnie o wydanie kokonów, z których odeszły odruchy świadome i dusze. Jeżyk nie odmawia, bo jest ciepły, choć na co dzień dotyka metafizycznego mrozu narzędzi prosektoryjnych.

Cień Ara martwił się o Ara, którego znowu chcieli wciągnąć do rozmowy. Namawiali. Podchodzili. Nakłuwali jak żabę. Drażnili. Kpili. Ar jest silny. Nie wdawał się w dysputę, bo nie urzekł go temat: kto może wypić więcej piw i potem sika na większą odległość.



***

Przy obiedzie nie daję odpocząć. Najpierw przy gotowaniu i krojeniu warzyw taka wiązanka: „Wybrałem numer. Zatwierdziłem. Czasowniki rzeczowe mkną przez te zdania. Dzwonię. Połączenie się realizuje. Operator będzie zarabiał. Połączenie się realizuje jednostronnie. Ja chcę słyszeć, ktoś nie chce mówić. Sygnał nieodbioru. Dwadzieścia sekund mija. Telefon się męczy. Odrzuca mnie aparatura. Operator nie zarobi. Starła się powłoka komórki. Przyciskam czerwoną słuchawkę i zastanawiam się, jaki teraz wybrać numer. Kończą się era i nokia. Początek rozmów na migi”. Potem bawię się w „atlas polityczny świata”. Zadaję pytanie: „Jaka jest stolica Paragwaju?” Wszyscy zamilkli, kiwając głowami. Równolegle z tymi zdarzeniami we mnie horyzont się ścieśnia i rozciąga. Migają pod powiekami granice, szlabany, kontrola celna, wizy, bagaż podręczny, terroryzm i zmiana czasu oraz temperatury, a także żywienia. Agatka podskoczyła w rytm salsy i radośnie opowiedziała się po stronie wiedzy: „Wiem, co jest stolicą Paragwaju. Attention: Asuncion! Uczyłam się tego trzy miesiące”. „Dobrze, Agatko, a teraz mi powiedzcie, co jest stolicą Tadżykistanu?” Agatka przełyka ostatni kęs schabowego, a Krzysiek proponuje po obiedzie wypić kawę. „Areczku, zrobisz kawę?”

Cień Ara powtarza do znudzenia: „Z tych wszystkich dni najlepiej pamiętam noc”.



***

Po Krakowskiej Nocy Poetów siedzimy na Rynku Głównym, po jednej ze stron Pomnika Mickiewicza Adama, przy stoliku w ogródku restauracji, której nazwy nie pamiętam. Maria Duszka zamówiła herbatę i kawałek tortu czekoladowego, ja z Ryśkiem Sidorkiewiczem po piwie. Jeżyk kawę, a Agatka colę na odkażenie, odrdzewienie jelit i grzane wino na tychże rozgrzanie. Wina nie ma, więc prosi o nalewkę wiśniową, którą kelnerzy pół godziny wygrzebują z piwnicy. Rozmawiamy i czekamy na upływ czasu. Zjawia się poeta i krytyk literacki Janusz Orlikowski po kilku głębszych, ale czuwający, na straży literatury, komunikatywny. Prosi o piwo i odpowiada na pytania, które nie miały zamiaru paść. Wtedy Duszka jest już nieobecna (słucha Wolnej Grupy Bukowiny pod sceną, więc szybko nie wróci), przybysz wyjada zatem z talerza poetki resztki czerstwego ciasta, wypala dwa papierosy („cudzesy” z filtrem) i się ulatnia na pociąg do Herbów. Czy w lokalu, gdzie toaleta kosztuje dwa złote bądź jedno euro, można napisać wiersz? Takie pytanie również nie padło, ale droga do WC była uroczyście wyściełana czerwonym dywanem i inkrustowana zapachem wyższych sfer, czyli pijackim moczem. Po kilku dniach Jeżyk powiedział, że Janusza wykołował rozkład pociągów. Ciuchcia odjechała z niewłaściwego peronu, więc poeta znalazł się w Dobrodzieniu przy ulicy Chłopskiej dopiero o ósmej dnia następnego. Obiecałem, że napiszę recenzję jego ostatniej książki „Status poety”, ale póki co nie golę się już trzecią dobę, drapię krosty i roznoszę po całej twarzy.

Cień Ara nuci pod nosem: „po wypiciu lepiej w życiu”, „po browarze jaśniej w jarze”, „picie wódki stwardnia sutki”.



***

Częstochowa. Sierpień. Cierpień. Pomyłka psychologicznie konieczna. Pielgrzymki, szarfy, śpiew, służba medyczna. Upał. Otwarte okna i drzwi na balkon. Myślę: „Oni są wielcy. Złapali Miloševicia, Husseina i Karadżicia. A ja nie umiem dorwać muchy. Zawsze szybszej o błysk oka, machnięcie skrzydełkami, które prowadzą wprost do spokoju”. „Dlaczego zabrał cię smutek?” – pyta Agatka i chrupie lub gryzie krakersy z dżemem truskawkowym.

Cień Ara dopatrzył się wahania pogody. Ara spożywa ciśnienie. Żona Ara odmładza się, nasłuchując zimy. Ar biedny, zapeklowany, ścieśniony. Sprasowany. Cień Ara lubi przymiotnikować, zastępując nim inne działania. Świat bogaty w gęstość. Hektopaskale w uszach. Kawa pomoże się otrząsnąć ze snu. Ale Cień Ara twierdzi, że kawa jest za kwaśna.




***

co bóg zrobił z moim ciałem
rozsypało się w proch jak rzucona o podłogę
filiżanka kawy z rysunkiem białego jednorożca

co ten bóg zrobił z moją duszą
jak pęknięty pręcik wolframu
nie daje światła
nawet do rozjaśnienia kryjówki
kreta

co ten bóg



***

moje wszystkie wewnętrzne koła kółka kółeczka
wyginają się w kształty
nieregularne jak
wiersze
o błocie
którego
naniosłem na butach
na wyczyszczoną podróbkę perskiego dywanu



***

na drugie piętro
można wejść albo wbiec
można się wczołgać
albo wdrapać na klęczkach
dziękując za każdy stopień
za każdy metr poręczy
której nie puszcza poeta
chociaż mówi że świata nie ma w materii

a ja heretyk
wierzę w
niebieski szalik
buty co cholernie uwierają
obrączkę którą przykładam do jęczmienia na oku



***

wszystko co ważne w moim życiu
mógłbym spakować
do niewielkiego pudełka
po butach firmy nord albo alka

ale kiedy przyjdzie
zbierać się na
różewiczowski matczyny brzeg
nie starczy mi
stu pudeł po 29 calowych telewizorach firmy sony



***

śmierci poleciało oczko w pończosze
oglądając się przez ramię na
ten jedyny mankament stroju
chwieje się na szpilkach
traci równowagę

kiedy przechodzi po wąskiej
kładce łączącej oba brzegi warszawy
wpada do wisły
lecąc ukazuje naciągnięte mięśnie pośladków
krągłość delikatnych ud

kilku młodych mężczyzn
wśród nich trzech studentów prawa
dwóch uczniów liceum katolickiego
jeden profesor filozofii
oraz jeden chirurg
rzucają się w grudniowy chłód rzeki

uratowanej podano gorącą kawę z cukrem



***

w oknie
latarnia
i
pierwsza sylaba wyrazu "człowiek"
zasłania widok



***

z tego wiersza
najpierw wykluło się
milczenie
jak listek brzozy
w bezwietrzny dzień siódmego czerwca

potem listek dotknęło słońce
palcem lata

pod koniec września
żyłki
w których
jak w bursztynach
zakrzepła zielona krew
wypowiedziały
litanię drzewa
z odartą
przez dziki
korą



***

zapisuję sen
po piaszczystej drodze
wśród ścian wąwozu
toczy się kamień

za nim
biegnie czarny mężczyzna

po chwili widzę
sznurek łączący
kamień z mężczyzną

słońce przestaje świecić
ale się nie budzę



***

na ścianie w przedpokoju
pod zegarem
pamiętającym mój pierwszy elementarz
wisi gliniany dzwonek

kiedy tylko go dotknę
mieszkanie wypełniają
diabły
piękne jak słońce z plasteliny

ostatnio coraz rzadziej wywabiam gliniany dźwięk
moje em trzy ma tylko
pięćdziesiąt cztery metry kwadratowe
a i tak dwadzieścia procent diabłów
ciśnie się jak kiszone ogórki w
szufladach i w
puszkach po kandyzowanych wiśniach



***

przeszły czołgi
wozy pancerne
wagony z amunicją
karetka z rannym generałem
obwieszczenie wzywające
pod broń

a ja palę liście i
dmucham na zmarznięte ręce



***

siedzę na pniu
i moczę nogi w
rzece

na mleczu
jak na dywanie z
zielonych emiratów
usiadł motyl rusałka pawik

na strunach z gałęzi
wiatr komponuje leniwe melodie



***

po burzy

na czerwonych nitkach zmierzchu
rozwieszonych
między gałązkami topól
schną
jak skarpetki
głowami w dół
ptaki



***

kiedyś
kropla krwi
podejrzewała mnie o
zbrodnię
łza o
wzruszenie

dzisiaj
obie przyłapują mnie na
zimnym uczynku



***

gryząc pestki
dyni lub słonecznika
i
popijając wodę sodową
mam gdzieś
wskazówki zegara na
ścianie ratusza



***

i lepiej gdy bóg
nie daje mi
być jak inni

i lepiej gdy szukam
choć nie znajduję
mówię
choć nie wypowiadam
śpiewam
choć nie zachwycam

i lepiej gdy bóg
nie daje mi
dowodów

bo mogę wierzyć
choć nie widzę ciała
iść
choć nie widzę drogi



***

nie będę z
powietrza
by nie być
pysznym

nie będę z
ognia
by nie być
gniewliwym

nie będę z
wody
by nie być
nieczystym

będę z
ziemi
by być
skromnym jak źdźbło trawy
liść



***

bosonogi żebraczyno z asyżu
uczyłeś miłości do zwierząt i roślin

mówiłeś mój brat pies
moja siostra sosna

klękałeś na piaszczystej dróżce
prosząc pył o namaszczenie
schylonej głowy

święty franciszku nie wierzę w twoją naukę

widziałem jak szczuto psami człowieka
którego gałąź sosny zatrzymała
między ziemią a niebem



***

kiedy ziemię okrywa
jaśminowa mgła
z grot i jaskiń
wychodzą skrzydlate łosie
owce o czerwonych runach

wtedy
na łące
można spotkać
świętego
dłubiącego w nosie
i wiecznie młodą śmierć
która zjeżdża kroplami
rosy
po słomkach czterolistnej koniczyny



***

nie chcę broni
czołgu bomb
łodzi podwodnej

nie chcę armii
niewolników w czarnych koszulach
z tatuażami na ramionach

dajcie mi ławkę w parku
i gałązkę leszczyny
abym mógł odganiać muchy



***

a więc niby nic nowego
trumienka na kostki
amfora na proch

a więc niby nic nowego
pod pijanym rdzewiejącym słońcem

nagle po ciężkiej chorobie
w wodzie na ulicy w łóżku

zza okna dochodzą głosy

zbieracze makulatury i starych szmat
rozprawiają o ogniu



***

nie trzeba tulić się do światła

szukać i odnajdywać
wołać i być znalezionym

coś o temperaturze minus piętnaście stopni celsjusza
ścina białko na maść sadzy

tułowia owadów ruszają się niemrawo
wyrzeźbiony w kawałku sosny
kot
stracił dwa pręciki wąsów

przelękłe lustereczka (niemowy)
szorstkie tafle (itd)

od początku do końca
od końca do początku
wisi na ścianie falsyfikat pejzażu
relief dla ubogich
wykonany metodą azjatycką
scenki malowane bezpośrednio na taśmie filmowej

nie trzeba tulić się do światła

rum wchodzi w reakcję z moją krwią

cichnie zapach farby
i słowo opina wargi



***

od dawna nie
zapisałem żadnego wiersza

uruchomiłem samowyzwalacz

modlę się po swojemu

pod paznokciami odkłada się brud

zeschnięta mucha na
schodach w kościele

i pająk przybity jak chrystus
do boku zlewozmywaka

poznaję własną dłoń
po ruchu noża na gardle

wieczności

nieskończoność sprowadzam do

drzemki
w telefonie komórkowym

rezurekcja

i odrzucony głaz
i pusta grota
i tylko szaty
pozostały



***

jak
by pan opisał niebo
ptak macha skrzydłami
i błękitnieje w locie

jak
by pan opisał ziemię
ptaka niosą w trumnie
obcięli mu łeb
z piór zrobili miotły do zamiatania
ulic

jak
by pan opisał siebie
ptak



***

robię kulę z białego śniegu
ściskam jak największy skarb
chronię przez zimnem
mrozem

powoli z kuli wychodzą wnętrzności
i kapią
kapią
na buty



***

na przykład
mnie nie ma

co zrobi słońce które
nie może
opromienić twarzy należącej
do arkadiusza frani

co się stanie z wodą
która nie ugasi pragnienia
spieczonego gardła arkadiusza
frani

na przykład
nic się nie stanie



***

gdybym
był francuskim poetą
apollinairem
napisałbym wiersz o
twojego ciała siedmiu
bramach
które zacząłem zdobywać

gdybym był polskim poetą
herbertem
zjadłbym twoje
ucho różowe
oczywiście nocą

a ponieważ jestem
arkadiuszem franią
powiem tylko
rób tak dalej
a eden stanie
się
stajnią augiasza



***

robak
który miał się okazać
mieszkańcem
komnaty mojego odkrwionego ciała
przyszedł wczoraj do
mojego dalekiego domu
z butelką wódki
i z prośbą o rozgrzeszenie



***

mówisz
z głowy wyrasta mi
gałązka bzu
ale nie czuję się
drzewem

mówisz
z ciała wypływa mi
strumień
ale nie czuję się
źródłem

mówisz
rosną mi ręce
włosy nos
ale nie czuję się
człowiekiem



***

i na tyle być
by nie zniknąć
i nie zlać się
z sierścią otoczenia

i na tyle iść
by nie ustać
i nie zgubić się
w mrowisku

i na tyle mówić
by nie milczeć
i nie przepowiadać

i na tyle kochać
by być
iść
i mówić