Nowy nieznany świat


         "Wiersze z rymami i bez" Ryszarda "Sidora" Sidorkiewicza to niewątpliwy, rysujący się w dwóch płaszczyznach, sukces Autora. Jako najlepsza książka poetycka ostatnich lat środowiska częstochowskiego oraz najbardziej dojrzała pozycja spośród pięciu opublikowanych tomów wierszy poety.
         Książka została podzielona na trzy cykle. Pierwszy to "Żółte papiery", przedstawiony w nim świat ogarnięty jest szaleństwem. Codzienna egzystencja przypomina najbardziej zwariowny szpital psychiatryczny. Bohater Sidorkiewicza usiłuje uciec od rzeczywistości, by w swoich rozważaniach stworzyć nowy już, nieznany, lepszy świat, chociaż "jeszcze nie ma znaków". Udowadnia, że najważniejsza jest sztuka podejmowania decyzji, ale jakich: "kogo bardziej kochasz / tatusia czy mamusię"? Są to wybory między złym a gorszym, bo "kiedy podrośniesz / to cię będą pytać / kogo nienawidzisz". Już na pierwszy rzut oka widać, że twórca najbardziej ceni autentyczność wypowiedzi i konsekwentnie dąży do zamierzonego celu. Zaczynam rozumieć, że świat przedstawiony ma tylko jedną wartość, którą jest mądrość życiowa, a każda inna wiedza "przed niczym nie ocala". Bez względu na dalszy przebieg wydarzeń, bez względu na to, że "kiedy się wreszcie stanie / co musi się stać / nic się nie stanie".
         W kolejnym rozdziale "Po drugiej stronie łóżka" wszystko wygląda tak samo. Tytułowy mebel pełni rolę zwierciadła, w którym wszystko jest czegoś wiernym odbiciem. Łóżko znajduje się w epicentrum wszechświata. Podmiot liryczny traktuje je jak azyl, do którego ciągle powraca. Bez względu na to, czy jest to "Łóżko bezsenne". W ten sposób poszukuje jasnej, wielkiej idei, którą mógłby realizować w życiu. Wiersz "Poczta literacka" rozpoczyna drugą część tej odsłony. Twórczość zawarta po tej stronie kurtyny różni się bardzo od wcześniejszej. Wersy zostały rozbudowane, pojawiły się znaki interpunkcyjne. Pomimo wszystkich tych zabiegów utwory są jednak nadal zwięzłe, pozbawione zbędnych słów i pustej retoryki. W kolejnych strofach podmiot liryczny zwraca się do Anki. Jest ona głosem wewnętrznym Autora, próbującym uporządkować nurtujące go problemy: "Potrzebujesz lekarstwa. Odtrutki. Tak, / czegoś na tak". Stosując się do tej rady podmiot konkluduje: "Obserwuję burzowe chmury. / Obmyślam swoje PAŃSTWO SŁOŃCA".
         W nim: "Wszystkie imiona zostały za rzeką", taki też tytuł nosi ostatni rozdział omawianej książki. Ma on niewiele wspólnego z wcześniejszą twórczością Sidorkiewicza. Poeta buduje obraz wyłącznie w oparciu o swoją osobę. Odcina się od zewnętrznego świata grubą linią. Teraz on jest najważniejszy, a ponad nim i jego twórczością nie stoi już nikt i nic. Postawę skrajnego, choć i w jakimś sensie desperackiego indywidualizmu, najpełniej prezentuje tytułowy liryk trzeciego cyklu: "na moim brzegu nie ma / kalendarza nie ma rocznic / patronów świąt się nie świętuje / nie ma autorów i autorytetów".
         Jeżeli mam się pokusić o własną ocenę, to życzę każdemu, kto weźmie tę książkę do ręki, by zaczytał się w niej bez pamięci... i jeszcze o jedną chwilę dłużej.



Proza, proza, proza..., t. VIII, Kraków 2002, s. 364 - 365.

Przypadek czy objawienie?


         Nowością częstochowskiego rynku wydawniczego jest debiutancki tomik wierszy Justyny Kowalik. Książka zawiera ponad czterdzieści utworów, które zostały zgromadzone pod jednym tytułem "Za drzwiami".
         Już przy pierwszym czytaniu książki narzuca się samoistnie podział na dwa rozdziały. Wielka przygoda z wierszami rozpoczyna się od słów: "noc zakrada się / do pokoju". Czytelnik zostaje wprowadzony w świat pozornie tajemniczy, ale autorka z każdym kolejnym wersem jest coraz mniej enigmatyczna. Poezja Justyny Kowalik zdaje się trwać wyznając zasadę - "minimum dźwięku, maksimum sensu". Autorka bez trudu porusza się w sferze tematyki miłosnej. "Gdy zbliży się fala grzechu" czytelnik musi uświadomić sobie fakt, że jest to zapis najbardziej autentycznych i osobistych chwil. Wydaje się, że stany uniesienia mogłyby trwać bez końca, a noc "czuwa by ranek / nie nadszedł zbyt szybko". Poetka stara się uświadomić odbiorcy, że nie samą miłością człowiek żyje. Wyraźną granicę pomiędzy wyznaniami erotycznymi i liryką refleksyjną stanowi wiersz xxx ("piję kawę"). Codzienność pozbawiona jest przejaskrawień, a świat przedstawiony został pełną paletą - od szarości do czerni. Po przejściu przez magiczne drzwi "pora odciąć / pępowinę". Od tej chwili jesteśmy zmuszeni oddychać ogromem spraw natury filozoficznej i moralnej - "człowiek sięga po broń / przestaje być człowiekiem". Coraz dalej posunięta egzystencja ma swój kres również "za drzwiami", czy "młodość zamknięta / w pudle na strychu" nie budzi przerażenia?
         Ostatnie dwa wersy znajdujące się w tomiku brzmią:

nowy wiek rodzi
starego potwora

XXX ("czarne sutanny")

         Ile prawdy jest w tym stwierdzeniu i wierszach Justyny Kowalik - oceńcie Państwo sami.
         Należy dodać, że piątym asem tego rozdania jest osoba Ryszarda "Sidora" Sidorkiewicza, znanego i cenionego poety, który sprawował opiekę artystyczną nad wydawnictwem. Podążając za głosami czytelników twierdzę, że już sam ten fakt wróży książce sukces.



Kwartalnik Kulturalny Częstochowy Aleje 3, 2003, nr 42.
Cud narodzin


         Niecodziennym wydarzeniem w życiu każdego człowieka jest osiągnięcie wymarzonego celu. Tak też się stało w przypadku Marcina Janochy. Niecodziennik to tytuł debiutanckiej książki poetyckiej, która - mam nadzieję - podbije serca czytelników.
         Wiersze zamieszczone w tomiku cechuje bardzo krótka fraza, są pozbawione zbędnych słów. Oszczędna i wyważona metafora nadaje utworom charakter reportażu. Lapidarność wypowiedzi pozwala czytelnikowi odebrać wprost przesłanie autora.
         Wędrówkę po dzienniku zaczynamy od wiersza Dzień jak co dzień. Już w pierwszym wersie "pękła struna", zwiastuje ona zapowiedź uwolnienia się od wszystkich problemów i wizji nurtujących twórcę. Czytając wiersze Janochy, bez trudu można wyodrębnić dwa bloki tematyczne. W pierwszym autor płynie na fali refleksji i zadumy nad życiem. Rzeczywistość rysowana jest krótkimi pociągnięciami pióra, takim przykładem jest wiersz pt. Ewolucja. W innym miejscu autor dokonuje retrospekcji swojego istnienia, jak naukowiec bada krater drzemiącego wulkanu. Wydaje się, że kluczem otwierającym kipiące wnętrze jest wiersz Wizja lokalna. Bohater liryczny przenosi się do lat niemowlęcych, skąd powoli powraca do teraźniejszości. Utworem Chrzciny objawia czytelnikowi wielką wiarę, jak twierdzi: "niedospany / poranek / ochrzcił / mnie / człowiekiem". Apogeum wyznania zostaje osiągnięte wierszem Mój mesjanizm.
         Drugą grupę stanowią liryki balansujące na ostrzu uczuć. Chwile erotycznych uniesień rozniecają uśpione zmysły, są azylem dla młodego i zmęczonego poety. Wciela się w postać wybitnego kompozytora - "na pulpicie / Twego / ciała / szukam nut / ale gram / z pamięci / symfonia / bez końca / na dwie ręce". Czytając dalej, podmiot liryczny, obdarowany talentem genialnego architekta i budowniczego, pragnie "wybudować / miasto / w Twoich / ramionach / na Twych piersiach / wieżowce do chmur". Wielkie marzenie, Nowa Ziemia, z której nigdy nie będzie powrotu.
         Niełatwo jest pisać, jeszcze trudniej zmieniać marzenia w rzeczywistość. Chociaż nikt nie wie, co przyniesie dzisiejsze popołudnie, czytamy:

powoli w moim długopisie
od wypisywania kolejnych bzdur
kończy się wkład
powoli od lektury
kolejnych poezji
tracę wzrok

( Z obserwacji )

         Jaka mądrość płynie z wierszy Marcina Janochy oceńcie Państwo sami, a ja życzę autorowi, by ostatnie wersy były jak nigdy nieotwarta Puszka Pandory.



Rafał "Jeżyk" Kasprzak, (posłowie), [w:] Marcin "Jeżyk" Janocha Niecidziennik, Częstochowa 2003.

         Kolejny raz podjęto próbę reanimacji częstochowskiego środowiska literackiego. Wydaje się, że Targi Książki są skutecznym środkiem, który pozwoli przywrócić równowagę kulturalną w naszym mieście. Wiadomo również nie od dziś, iż taka impreza jest niezbędna, zarówno dla twórców, jak i dla czytelników. Ze względów oczywistych pisanie o jej walorach nie ma większego sensu.
         Już w pierwszym dniu zorientowałem się, że w naszym grodzie więcej jest osób piszących, aniżeli czytających. Najlepszym tego dowodem było zainteresowanie, lub jego brak, przez fanatyków sztuk wszelakich. Przy okazji, warto wspomnieć o kondycji książki w naszym regionie. Z całą odpowiedzialnością za słowa, śmiem twierdzić, że jest ona równa zeru. Najwspanialszym tego świadectwem była ilość sprzedanych tomów częstochowskich twórców, podczas dwudniowych targów. Wierzę, że za niecały rok, Święto Książki będzie celebrowane z należytym szacunkiem, a po przebudzeniu się, nie ujrzę ręki w przysłowiowym nocniku.


Kwartalnik Kulturalny Częstochowy Aleje 3, 2003, nr 44.
Srebrny Jubileusz


         W olsztyńskim teatrze "Stodoła" 18 października 2003 r. odbył się benefis Ryszarda "Sidora" Sidorkiewicza. Okazją do wspólnego świętowania było 25 lecie pracy twórczej, połączone z promocją nowej książki poetyckiej pt. "Światełko", wydanej specjalnie na tę okazję. Wśród zaproszonych twórców znaleźli się: Krzysztof Lampa, który skomponował muzykę i zaśpiewał kilka wierszy jubilata oraz ja, autor poniższego tekstu. Gospodarzem wieczoru był Stanisław Kałkus - szef teatru.
         Książka stanowi ewenement pod względem edytorskim, mówiąc slangiem drukarskim - wydrukowana została w kontrze. Na czarnych stronach biały tekst oddaje wrażenie niebywałej estetyczności. Całość przyozdabiają grafiki i okładka autorstwa Alicji Lampy oraz słowo wstępne pióra Marii Duszki. Wszystkie wymienione cechy wraz z wierszami utwierdzają posiadacza tej pozycji o pełnej harmonii z tytułowym "Światełkiem" . Nakład opiewa na 200 numerowanych egzemplarzy sygnowanych podpisem autora.
         Tytułowy wiersz "Światełko" jest mini poematem składającym się z siedmiu części, większość z nich analogicznie rozpoczyna się od słów "skończyć ze sobą". Światełko u Sidorkiewicza jest zapowiedzią nowego, lepszego świata, do którego można dotrzeć przemierzając długi, ciemny tunel, aż do jego wyjścia. Wyczyn ten możliwy jest tylko dla postępujących zgodnie z filozofią autora. Najnowsza książka jest kontynuacją "Wierszy z rymami i bez" , obydwie pozycje stanowią jedną nierozerwalną całość. Powracam pamięcią do cyklu z tytułowym wierszem pt. "Wszystkie imiona zostały za rzeką", gdzie twórca namacalnie odcina się od świata rzeczywistego. Na wszystko spogląda z góry, z pozycji outsidera. Tworzy nowy świat podporządkowany tylko jemu, a wszystkie umowne imiona, identyfikujące go ze starym porządkiem, zostały za rzeką. Dokładnie taką samą postawę reprezentuje poeta w omawianym przeze mnie poemacie pisząc "cicho / najciszej / wyłonić się / z mroku / nikogo / nie budzić", lecz gdy wyrocznia się wypełni, jak guru będzie"JAŚNIEĆ". Każdy kto zna wiersze Sidorkiewicza wie, iż świecą one własnym światłem i nie ma to nic wspólnego ze złudnym zjawiskiem fluorescencji, a "5 wierszy" składających się na drugi cykl, w którym podążając za sugestią Mieczysława Machnickiego "każdy inny"- właśnie takie są i trudno się z tym nie zgodzić. Taki sposób obrazowania pozwala przekonać się czytelnikowi o profesjonalizmie w pełnym tego słowa znaczeniu. Poeta ucieka od monotematyczności, porusza się np. w świecie nadziei, wprowadzając czytelnika w stan zadumy. Kulminacją wszystkich rozważań jest wiersz pt. "Modlitwa" w którym czytamy "żeby czasami / czas stanął / i dał odpocząć". Właśnie takich doznań oczekuję od każdego, kto skusi się do przeczytania tych kilku wierszy.
         A ja zupełnie prywatnie życzę drogiemu Beneficientowi kolejnych 25 lat oraz by łaskawa Muza poezji nigdy nie opuszczała Twojego domu i była wierna jak bieda, czy przysłowiowy pies.



Kwartalnik Kulturalny Częstochowy Aleje 3, 2004, nr 45
Schodami w górę


         Tak się szczęśliwie złożyło, że od dłuższego czasu dane jest mi czytać "Schody Kawowe", które w miarę swoich możliwości finansowych ukazują się mniej lub bardziej regularnie na rynku prasowym Kwidzyna. Jako Częstochowianin mogę tylko pozazdrościć koncepcji wydawania takiego pisma i niech nikt nie zastanawia się, dlaczego w Częstochowie czyta się "Schody Kawowe", ponieważ na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. W Kwartalniku Kwidzyńskiego Towarzystwa Kulturalnego można przeczytać wszystko lub prawie wszystko, co związane jest z miastem, jego kulturą i mieszkańcami. Jest miejsce dla historii i ludzi, którzy ją tworzyli, a przecież w coraz większym natłoku obowiązków zapominamy o naszych małych ojczyznach. Sporą część zajmują teksty polemiczne i wypowiedzi młodzieży. Zaproszenie czytelników do takiej formy rozmów świadczy o pełnym otwarciu się zespołu redakcyjnego, braku powiązań i - jak to bywa - zobowiązań.
         Często na łamach pojawiają się wspomnienia i listy. Jak widać, bariery wiekowe nie istnieją. Przynajmniej tutaj wydaje się, że konflikt pokoleń przeszedł do lamusa. Jako literata bardzo mnie cieszy fakt, iż na łamach kwartalnika znaleźli swój dom poeci i prozaicy, którzy swoją przygodę z literaturą już dawno rozoczęli, jak i ci, którzy dopiero raczkują. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż czasopismo - chociaż w nazwie kulturalne - nie zajmuje się publikowaniem repertuaru kin, teatrów itp., bo przecież taką rolę pełnią informatory. Niestety, nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Powracając do kwartalnika - urzekła mnie strona edytorska, twarda, kolorowa i lakierowana okładka podnosi dodatkowo walory estetyczne. Wewnątrz maksymalnie wykorzystana przestrzeń pozwala na zawarcie dużej ilości materiału. Szkoda, że objętościowo są to tylko 23 strony, lecz trudno się dziwić przy obecnej sytuacji finansowej. Poniekąd wydaje mi się, że Redakcja wyznaje zasadę, iż nie zawsze ilość idzie w parze z jakością i chwała Wam za to. A ja zupełnie prywatnie życzę całemu Zespołowi Redakcyjnemu oraz Czytelnikom, by szli przed siebie schodami w górę, nigdy w dół.



Schody Kawowe, 2004, nr 2 / 18.
Co piszczy ?


         Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem Nr 45 czasopisma Aleje 3. Szczególną uwagę poświęciłem lekturze artykułu "Roczniki siedemdziesiąte, czyli pospolite ruszenie młodych poetek w Częstochowie". Pewne jest, iż motorem, który uwolnił wielkie emocje feministyczno - poetyckie było omówienie twórczości: Wioletty Grzegorzewskiej, Renaty Zarychty oraz Małgorzaty Matery, autorstwa Arkadiusza Frani pt. "Młoda poezja częstochowska w tonacji ptaka", opublikowany w Akancie nr 6 (71) 2003. Ponadto w prezentowanych utworach na łamach Alei pojawia się nazwisko Justyny Kowalik.
         Cały spór, jak zwykle, toczy się o podział literatury na kobiecą i męską. Takie myślenie wydaje się być głupie, niedorzeczne i bezcelowe. Literatura może być dobra lub kiepska (nie używając słowa grafomańska), więc po co te rozważania przeplatać problemem płci. Autorka (?) tekstu sygnowanego kryptonimem (wg) powołuje się na przypis zamieszczony w Akancie: "Ptak", zgodnie z symboliką, jest metaforą zasady żeńskiej, więc "tonację ptaka" należy rozumieć jako "tonację kobiecą". Owszem, może i natury żeńskiej, ale w sprawie ptaka mężczyźni są ekspertami i niech tak pozostanie.
          Wyraźnie przeczuwam atak na literacki Parnas, na którym od wieków zasiadają głównie mężczyźni, pachnie to modnym obecnie terroryzmem. W myślach próbuję obliczyć skład procentowy wkładu niewiast w historię literatury i wydaje się, że są one tylko małym dodatkiem do całych rzesz męskiej, szowinistycznej wieprzowiny. Jeśli taki podział ma jednak istnieć chciałbym, aby taką poezję charakteryzowały atrybuty anatomiczne np.: subtelnie naszkicowany biust czy jędrne, krągłe pośladki. Taki kod pozwoli czytelnikowi szybko i bez pudła zidentyfikować rodzaj uprawianej poezji. (wg) dalej pisze: "Poetki są uparte, bardziej odporne na krytykę niż mężczyźni, rzadko się zniechęcają i szybciej ewoluują. Potrafią sobie zjednywać czytelników chociażby atrakcyjnym zdjęciem w tomiku (żartuję!)". Szkoda, że Pani posługuje się wytartymi stwierdzeniami, będącymi uogólnieniami. Wypowiadając się za miliony, pozbawia przynajmniej część populacji własnego zdania i próbuje ją dowartościować wbrew woli. Natomiast jeśli tzw. atrakcyjne zdjęcie ma być wyznacznikiem dobrej poezji, to od tej chwili przestaję czytać książki, przynajmniej te z fotografiami (żartuję!).
         Konkludując, obawiam się, że przesłanie Arkadiusza Frani zostało odebrane zbyt dosłownie. Zazdroszczę faktu, że pióro faceta, dalekiego od doskonałości w stosunku do tej jaką posiadają kobiety, stało się wyrocznią. Nawiasem mówiąc, zżera mnie ciekawość, z jakich to ważnych względów (wg) obawiała się ujawnić swoich personaliów. Czyżby płeć brzydka, pisząca w tonacji h - moll, nie była tego warta?



Akant, 2004, nr 7.
Świat według Barbary Rosiek


         Barbara Rosiek jeszcze kilka lat temu była znana przede wszystkim jako prozatorka. Bardzo mocno wtargnęła do umysłów czytelników kontrowersyjnymi powieściami Kokaina i Pamiętnik narkomanki. Z wykształcenia psycholog, szczególnie interesuje się uzależnieniami. Jest członkiem Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Od kilku lat publikuje również poezję.
         Jeszcze ciepła, pachnąca farbą, prosto z księgarskiej półki trafiła do rąk czytelników najnowsza książka poetycka Barbary Rosiek pt. Być poetą. Tomik ukazał się nakładem Wydawnictwa Miniatura. Jego stronice zdobią rysunki Edyty Bystroń. Publikacja w całości poświęcona jest dr. Markowi Sternalskiemu, znanemu częstochowskiemu psychiatrze.
         Podmiot liryczny i autorka stanowią jedną, nierozerwalna całość. Książkę rozpoczyna wiersz bez tytułu, w jego pierwszym wersie czytamy: "obudziłam się". Jest to początek wszystkiego, pomimo że:

(...)"a to druga w nocy
czeka mnie ważny dzień
- decyzja mężczyzny i kobiety"
.

         Niestety, sen nie przynosi ulgi, noc za krótka, czy dzień zbyt długi? Ucieczka od problemów jest tylko pozornym i chwilowym rozwiązaniem. Nadeszła chwila, w której "zabiłam miłość / za dużo dobrych słów mówiłeś / planowałeś nasze życie / beze mnie". Jest to miłość nieszczęśliwa i niespełniona, która targa wnętrze, doprowadza do obłędu, destrukcji ludzkiego ciała i umysłu. Rozszczepiona pomiędzy snem, a jawą zdaje się być wytworem wyobraźni. Nawet jeśli jest to uczucie tylko platoniczne i nie chciane przez partnera, możemy się przekonać jak cienka jest granica, gdzie w wierszu Tyran "jedno spojrzenie i ujrzałam / jak miłość przemienia się / w nienawiść", ale zerwane kajdany pozostawiają ranę, która być może nigdy się nie zagoi, bo ciągle jest "zranione serce". Lecz to pierwszy krok i już "nikt nie odbierze wolności / nie splecie ciężarem / nie do utrzymania".
         Autorka ceni sobie ponad wszystko niezależność, niestety często jest ona poza granicą realnych możliwości i trudna do udźwignięcia. Udowadnia, że istnieje inny równoległy świat, który rządzi się niezrozumiałym kodeksem, a zarezerwowany jest tylko dla wybrańców, bo ilu z nas może tak naprawdę napisać, czy powiedzieć: "chowam szpitalne chapcie pod poduszkę / kiedy zapinają mnie w pasy". Realia szpitala psychiatrycznego są pełne wstrząsających obrazów:

(...)"siostra miłosierdzia
uprała koszulę
nie śmierdzę
dostaję w nocy w twarz
zamykam oczy
nie chcę ponownie dostać kopniaka"

czy jak czytamy dalej w tym samym wierszu

(...)"sala obserwacyjna w Tworkach
jest pełna wszy"
(...)

Przerażające jest zestawienie dwóch następnych wersów:

(...)"nie ma gdzie przeprać majtek
mówisz że mnie kochasz"
(...)

         Czy tak ma wyglądać człowiek XXI wieku? Unicestwiony przez swoją chorobę, odrzucony przez najbliższych i potraktowany instrumentalnie. Dotychczas udało mi się przeczytać niewiele książek Barbary Rosiek, ale we wszystkich stałym elementem były szpitale, prochy, narkotyki i alkohol. Tak samo jest w tym przypadku, nie odbiega ona od stworzonego stereotypu. Zdaje się, że poetka podaje czytelnikowi informacje prosto ze źródła: "mój głód już mniejszy / modle się o trzeźwość".
         W kolejnych utworach bohaterka przechodzi metamorfozę, staje się wolna po raz kolejny, bo:

"odstawiłam prochy i wódę
odstawiłam niebiańskie narkotyki
nawet leki bez których
halucynuję"
(...)
(...)"wyrzuciłam wszystkie
flaszki po spirytusie
brudne strzykawki zapchane igły
puste opakowania po prochach"
(...).

         Spogląda na świat zupełnie z innego punktu, gdy "na ławce leży pijak / modlę się / to już nie ja". Zastanawiam się, na jak długo wystarczy jej wytrwałości i co się stanie z jeszcze nie tkniętymi listkami leków. Halucynacje u Rośkowej mają zupełnie inny wymiar, mentalny związany z procesem twórczym.

(...)"nieważne że znowu halucynuję
leki w koszu
pióro z zielonym atramentem w dłoni"
(...)

przynosi tak bardzo upragnioną nadzieję. Jej głęboka wiara w Boga pozwala bez większych obaw patrzeć w przyszłość, jest podporą i tak mocno nadwyrężonego kręgosłupa moralnego, kiedy "w mszę niedzielną / tak raz w tygodniu / Go przyjmuję / i powraca życie", lecz w trudnych sytuacjach, np. chorobie, pisze: "oskarżam Cię Panie / że TU jestem". Rozgoryczenie popycha do dalszych wniosków. Jeśli miłość Stwórcy jest nieskończenie wielka, to "dlaczego Panie / zostawiasz dzieci swoje tak samotnie?" To pytanie bardzo ważne, ale odpowiedź pozostanie dla nas enigmatyczna, podobnie jak sama Autorka.
         Utwory w najnowszym tomiku są krótkie, wyważona, krótka fraza nie nuży odbiorcy, przez co wiersze czyta się przyjemnie. Różnorodna i niezbyt często spotykana tematyka we współczesnej poezji czynią publikację ciekawą, pozwalającą otworzyć oczy na ciemną stronę życia. Pojawiają się teksty, które są odzwierciedleniem autentycznych wydarzeń, tj. zamach na londyńskie metro czy tragiczna śmierć ks. Grzegorza Ułamka. Barbara Rosiek nikogo nie poucza jak egzystować, ale przestrzega swoją postawą, aby w lekkomyślny sposób nie utracić szansy jaką dał nam los.
         W tytułowym wierszu Być poetą czytamy:

"być poetą
to o jeden obłęd mniej"
.

         Proponuję, aby Państwo sięgnęli po tą książkę i przekonali się sami, czy tak naprawdę jest.



Kwartalnik Kulturalny Częstochowy Aleje 3, 2005, nr 52.