Punkt wyjścia



         Gorzkie, smutne, niekiedy zbuntowane myśli młodego poety z Częstochowy zastanowiły mnie, zatrzymały, zmusiły do powtórnej lektury tych przejmujących niekiedy refleksji, notatek, zdań bliskich aforyzmom, a zapisanych jak wiersze. Rozczarowanie, cierpienie, pogarda, resztki złudzeń, zawoalowane szyderstwa, sarkazm, świadomość że "tu nikt nikomu nie pomoże", zbliżają tę poezję do naszych własnych przeżyć, w tym i do moich osobistych doświadczeń. Mógłby ktoś nieżyczliwy powiedzieć, że źródłem tej młodzieńczej filozofii jest mały realizm naszego dnia powszedniego, polska codzienność, jakże pogmatwana, prowincjonalna i przez to tak wyjątkowa, tak nierozumiana przez innych. Lecz byłaby to półprawda, fałsz oczywisty, ocena niepełna i nierzetelna. Sztafaż wewnętrzny lirycznego pejzażu, świat rekwizytów, a raczej ukrytych symboli, jaki odkrywam w tych utworach, wiąże je ściśle z szeroko widzianą tradycją mitologiczną, tą najstarszą śródziemnomorską, jak i nowszą, chrystianistyczną, gdzie "na szachownicy okien / palą się światełka marzeń".
         Rafał Kasprzak, którego drugie zdrobniałe imię "Jeżyk" budzi we mnie podejrzenia, że autor przejawia skłonności do pewnej odmiany infantylizmu, osiągnął w swoim tomie, zatytułowanym OSTRY DYŻUR, pierwszy próg poetyckiej dojrzałości. Odczytuję to wyraźnie ze skali poruszanych tematów, dostrzegam w dużej wrażliwości na wszystkie otaczające nas "akty życia i śmierci"... Oszczędna, wyważona fraza bez zbędnych słów, ozdób i pustej retoryki... Panowanie nad konstrukcją wiersza i umiejętne prowadzenie czytelnika do zaskakującej niekiedy pointy... Niemal reporterskie rysowanie lirycznego obrazu z subtelnym zaznaczaniem symboli i tych miejsc, które poeta uznał za najważniejsze... odwaga w posługiwaniu się językiem zwyczajnym, powszechnym bez patosu i zawiłości... Nic dodać, nic ująć, po prostu właściwie odczytać-tak sformułowałbym moją prywatną ocenę przyjętej przez poetę zasady pisania.
         A zatem próg (czy krawędź) dopiero co osiągniętej dojrzałości nie tylko w sferze intelektualnej i emocjonalnej, ale także, co wydaje się ważniejsze, w sferze artystycznej, w sferze wrażliwości, pozwalającej na świadome wykorzystywanie wszystkich dostępnych środków formalnych.
         Użyłem tu określenia próg czy krawędź (?), bo sądzę, że Rafał "Jeżyk" Kasprzak, nie kwestionując niczego z jego obecnych osiągnięć, będzie próbował w przyszłości odnaleźć się w prozie, może w noweli, może w eseju, może w felietonie, a może już przygotowuje tom zaskakujących opowiadań...
         Spośród wierszy zapamiętanych z lektury tego obiecującego i niepokojącego tomu, przywołuję jakże mądre zdanie, rozpisane na krótkie wersy... "Jeszcze dobre dni / czasem złe chwile / droga daleka prosta / pod górę / toczymy kamień / który nigdy nie spadł / poniżej punktu wyjścia"... Chyba masz rację poeto, młody Syzyfie z Częstochowy, a może Bellerofoncie?


Andzej Zaniewski




***

Tam gdzie nas nie ma
jest kraj modem
i mlekiem płynący
normalny dzień spokojny sen
jutro bez obawy


Tam gdzie nas nie ma
nie płaczesz cicho
w rogu ściany
wszystko jest proste
jak na pożółkłej fotografii


Tam gdzie nas nie ma
nie istnieje nic




***

Fanatycznie trawersuję stok
raki miarowo kaleczą lód
zgrzyt dziaby
w spieczonym śniegu
odbija się słońce
z siłą tryskającej krwi
twarz zalewa pot
krok za krokiem
pnę się na szczyt
jak groszek po tyczce
do słońca




***

Dzisiaj są moje urodziny
nie pragnę kwiatów
obłudnych życzeń
wyścigów z prezentami


wciskam połówkę w kieszeń
zamykam drzwi
odchodzę


spełnienia marzeń




***

Czerwony autobus
szary jak codzienność
toczy się ulicami


powietrze przesiąknięte potem
wiruje w nozdrzach
zmęczenie rani twarze


starzec wspomina młodość
mężczyzna czyta gazetę
kobieta puszczona z torbami
ściska chudy portfel


tylko dzieci śmieją się
do jutra




***

Opuściła mnie bieda
ta wierna z najwierniejszych


zegar stanął
kukułka
popełniła samobójstwo
kot zdechł


cień przestraszył się
własnego cienia
śmierć ogarnęło przerażenie
na wieść o własnym losie


w szklance hoduję pleśniaka
i o nic więcej mi nie chodzi




Cmentarz

Po szynach mknie jak gilotyna
czerwony tramwaj do krwistej wieczności
przystanek-cmentarz
na bramie świecznik siedmioramienny
rozkładający swe ręce
jak gdyby chciał powiedzieć chodź do mnie


groby w nieładzie jak po nalocie
atomowych szpadli plugawych tubylców
w pogoni za złotem dla przewoźnika
naszych przodków
kości zostały rzucone-złoto zostało skradzione
i tylko liście jak gwiezdny pył lecą z nieba
próbując zapomnieć o uczcie hien i krzyku
co został wykuty w kamieniu-akt życia i śmierci




***

Każdego ranka
spoglądam w okno
na dzieła mistrza mroza
malowane srebrem
drzewa kwiaty krzewy


pejzaże dziecięcych marzeń




***

Jeszcze dobre dni
czasem złe chwile
droga daleka prosta
pod górę
toczymy kamień
który nigdy nie spadł
poniżej punktu wyjścia




***

Często dzwonisz piszesz
czytam tęsknisz kochasz
cierpienie ciałem kołysze
choroba drąży tunel do nikąd


ostatkiem sił wypatrujesz listonosza
telefon zamilkł na amen
tramwajem pierwszym nie przyjadę
umarłem dla Ciebie
tak lepiej




Magdalence Cichoń

***

Masz kilka latek
w pamięci wspomnień mały tomik
piaskowych kształtów kruchy obraz
gabinet figur z plasteliny


w sklepiku z branży niespełnionej
ważysz marzenia wydajesz uśmiech
złe chwile wrzucasz do woreczka
którego dna nie sięgniesz szybko


jest miś bez ucha lalka bez oka
jak czarna rozpacz w kącie siedzisz
miłość matczyna ból uspokoi
który w sercu zostawia zgliszcza


znów będzie wiosna i minie zima
wspomnienia będą wielką księgą
zostanie przyszłość jedyna żywa
i chwile dobre jak cienka przędza




***

Mówisz że wiara
moja jest naga
nadziei szukam
z głową w chmurach
jak ślepy pies
próbuję życia
wracając wciąż
do punktu wyjścia


Mówisz że miłość
jest uciążliwa
gest słowo usta
dotknięcie dłoni
zamykam w środku
treść niespełnioną
i szukam sensu
wśród zapomnienia


Wiem że nadzieja
jest matką głupich
pieniądze rządzą
całym światem
lecz dla miłości
wiary nadziei
nie będą
katem




Trzeci śnieg

Dzisiaj rano spadł pierwszy śnieg
gęsto sypał płatkami białych róż
jak dziewczynki w śnieżnych sukienkach
w dniu Bożego Ciała



***

Spojrzenie osaczone w oknie
szara ulica
białe kwiaty wiśni
telefon milczy
pluton egzekucyjny myśli
wykonuje wyroki
na białej ścianie
zimnej jak lodowiec




***

Był las
spłonął jak domek z kart
w jednym mgnieniu oka człowieka




Monice Sambor

***

Redakcja
blues o piątej
nad ranem
mały hotel
pościel okrywająca ciało
zagubione
w mrocznym pokoju


paradoks zwiniętej tapety
ja i Ty
przypadek
czy
przeznaczenie




***

Wejść położyć się
po skroni spłynął spirytus
głowę osaczyła aureola elektrod
kable połączyły mnie
z mózgiem maszyny
pisaki z uporem zapisują
robaczywe myśli


jest pan normalny




***

Pustymi korytarzami
prowadzę Pana na śmierć
Pan o tym nie wie
to choroba co chodzi wspak
żre powoli jak rdza
wszystko ostatnie
piętro też bliżej nieba


Pan o tym nie wie
uniform uszyty przez życie
był zbyt ciasny




***

Ta noc nikogo nie zabierze
w ciemności przyjdzie
ktoś na świat
zranione serce uratuje
Twych pocałunków biały kwiat
ślepiec cudowną ujrzy zorzę
nie wątpiąc że tak miało być
złodziej nie skradnie ani grosza
pijak przestanie wódkę pić


tu nikt nikomu nie pomoże
to wszystko jest
w najśmielszych snach
dostajesz kopa tuż nad ranem
i wstajesz prosto w życia smród




***

Trzeba iść dalej
póki serce tłoczy
nogi jak z waty
chcą przed siebie kroczyć


Trzeba iść dalej
póki rozstań wiele
uderzyć w mur głową
nie usłyszeć echa


Trzeba iść dalej
spojrzeć przed za siebie
to przecież tak mało
a zarazem wiele




Barbarze Pietrzak

***

Zegar głośno odmierza czas
dzwonek zerwał plaster
snu z oczu
na korytarzu tępe koki
po drugiej stronie sufitu
rodzi kobieta
krzyk płacz cisza
wpół do trzeciej




***

Jak martwy ptak
spoglądasz w drzwi
telefon milczy
nie zadzwoni nikt


wypijasz kawę ocierasz łzy
smutek jak cierń rani
przeczytasz wiersz może dwa
nienawiść w sercu zgaśnie
muzyki rytm ukoi ból
nie pozwoli zasnąć
przestaniesz kochać
otwarte drzwi
- zatrzaśniesz


Jak martwy ptak
spoglądasz w drzwi
telefon milczy
nie zadzwoni nikt




Na przystanku

Piździ łeb chce urwać
żreć się chce
do domu daleko
nikt tędy nie jeździ
stoję biegam
gwiżdżę śpiewam
robię pajacyki
cieplej
pada deszcz
odjeżdżam
żegnaj zadupie




***

Wytrwale składam
papieros do papierosa


każdego ranka
buduję świątynię
z kapsli po piwie


pożółkłe fotografie
przypominają
dawno zapomniane chwile


niedokończone listy
budzą mieszane uczucia




***

Ostatni rumu łyk
świt
pustynne usta
wzrok ceruje


pustka oczu
ramiona otwarte
złotym kluczem
muzyka sączy się
strumykiem


ostatni rumu łyk świt




***

Widziałem starą
kobietę jak wierzba
chyliła się ku ziemi
jej twarz zaorał
pług zostawiając
bruzdy czasu


Widziałem jej oczy
jak głazy szkliły się
w rwącym potoku mętnej
codzienności


Widziałem jej ręce
jak czerstwy
bochen spękane do
krwi trzymały
bukiet
białych stokrotek




***

Z pierwszą gwiazdą
narodzi się Jezus
stół codziennych
walk zaprosi nas
do pojednania
na desce
poderżnięty karp
w garnku waży się
los barszczyku
modlitwa życzenia
kruche jak stalówka
ofiara spełniona


moje ciało grobem karpia




***

Księżyc zawisł
w miejskiej mgle
cisza
na szachownicy okien
palą się światełka marzeń




***

Brzęk kos żniwiarzy
odpłynął
za pan brat z echem


ostatnie snopy zbóż
tańczą z wiatrem


ścierniska nie zaorane
kłują w oczy
złotym blaskiem


bezużyteczny strach na wróble
układa się do snu
w kącie stodoły




***

Złamałem sobie kopyto
w trzy dupy i ciut czwartej
rentgenowski szał rozebrał
mnie do kości
doktorek na koszt państwa
podarował mi gipsowy balast
dodając że bujanie w obłokach
mogłoby pogorszyć stan



***

Chirurgia Ogólna kobiet
wstęp wzbroniony- wchodzę
drzwi dziesięć metrów korytarza
telefon na dyżurce
stoję w drzwiach ręki nie podaję
widok kroplówka butelka
ręce skłute żyły granatowe
leżysz porżnięta w bandażach
jeszcze chwila i będziesz wolna jak ptak




Ciemna uliczka

Długa ciemna uliczka
daleki człowiek daleki wiatr
i liście tańczą
od krawężnika do krawężnika
osobno każdy mieszka
nawet Bóg w moim sercu
nie wie gdzie mam duszę


nadaremnie szukam Ciebie
a jednak jesteś




Ekspedycja

Nieustannie spod moich nóg uciekają
tysiące metrów szyn
koła zielonej lokomotywy
biją w takt serca
czasem czarna nić szosy
przetnie swoim ostrzem
nowy kwadrat na mapie
a drogowskaz wciąż mi podpowiada
że końca świata nie ma
bo ziemia jest okrągła




"Gutkowi"

***

Mówiłeś że nie lubisz zapachu sosny
lecz idąc do gwiazd zabrałeś go ze sobą
szukałeś prawd
w czterech stronach świata


matka kołysze śmierć na ręku
wnuczkę Twojej młodości


ciało stało się ziemią
na której wyrosną sosny
przestworza wonnej żywicy




***

Usta zamilkną
przemówią sztandary
w imię ojca
otworzę pięść
i syna
chwycę karabin
i ducha
upadnę na ziemię




***

Zamiast krzyku usłyszę
szept spękane usta
orzeźwi łza
na wylot przejrzę
kryształową kulę zobaczę
co najgorsze w snach
nie podam ręki
słowem życia nie ocalę
na Twoje wołanie odpowiem
-odejdź
jakbyśmy się nigdy
nie spotkali




***

Ile w Tobie jest prawdy i wdzięku
ja się ciągle domagam Twej duszy
w moim ciele jest szatan zazdrości
który mąci klarowność uczuć


Jaka w Tobie jest wiara i siła
twarde słowa choć serce masz miękkie
stopy cierniem ranione do kości
wolno idą przez życia udrękę


Jaka będziesz gdy minie lat kilka
ciągle silna wierząca prawdziwa
czy usiądziesz pod dębem jesiennym
by zakończyć tę drogę wpółżywa




***

Chociaż przed prawdą
ktoś nam usta zamyka
czarne w białe zamienia
wróży przyszłość z kamyka


Chociaż ręce krępuje
słowem kąsa jak żmija
sznur na szyi zaciska
twierdząc że jest to przyjaźń


Chociaż moja przegrana
blaga królem i basta
ponoć Bóg nierychliwy
za to sprawiedliwy




***

Pamiętajmy o sobie w dobrej
chwili złej godzinie kiedy
brat do gardła skoczy nie traćmy
nadziei tonący brzytwy chwyci się
kurczowo by nie zostać
wrakiem w podwodnej mierzei


Pamiętajmy o sobie kiedy rozstań
wiele miłość ślepa dojrzy
barwy życia zduś pod czapką
buntownicze myśli nie płacz
gdy spadniesz na ziemię


Pamiętajmy o miłości kwiatach
ptakach ciepłych krajach
o cierpieniu o zazdrości
oraz tych co nic nie mają


Pamiętajmy dopóki serce
życie tłoczy




***

Były maki
zboża czesał wiatr
ścieżką nie szedł nikt
w oddali skomlał pies
odleciał bocian
ulica pustką przerażała
choć było wszystko
nie było nic
nie przyjechałaś




***

Może wódki zabraknie
ostatni papieros zgaśnie
w popielnicy ust
odjedzie autobus
zasnę w rowie
obudzi mnie kac
ulgę przyniesie rosa
wrócę do domu
błagając o litość
przed lustrem




***

I tak mnie o nic
nie poprosisz
na zbity pysk
wyrzucisz za drzwi
pościeli będę
wrogiem wiernym
i pozostanę
tym ostatnim


Nie powiem Tobie
ani słowa
niech zdycha
to co się zrodziło
może na prostej
lecz pod górę
kark skręci sobie
nasza miłość




***

Jak zmęczony ptak
opadam z sił
kawa z filiżanki
sennie paruje
coraz dłuższe
bicia zegara
płomień świecy drży
kogut pieje
autobus odjeżdża
zasypiam z księżycem


dzień budzi się do życia