Metamorfoza


         Była to jedna z wielu wizyt w szpitalu. W piękny, letni, pogodny dzień słońce koślawo zaglądało w stronę podjazdu dla karetek. Panował tam wyjątkowo nieprzewidywalny spokój. W jednej chwili z przytłaczającego półmroku wyłoniła się postać mężczyzny w średnim wieku. Jak na ową porę ubrany był odmiennie. Na skroni pobłyskiwały siwe włosy, przetłuszczone spadały na ramiona. Ciężko oddychając zaciągał się papierosem. Popiół wirując spadał na piżamę rojącą się od stempli, które zdradzały przynależność do oddziału zarówno pacjenta, jak i jego piżamy. Nogi zdobiły oficerki z kilkoma dziurami. Po zgromadzonej warstwie błota można by rzec, że pamiętają Stalingrad. Ciężko stąpał, rozglądając się toczył przed siebie stos kamyków. Skupiłem się na obłoku kurzu przyswajając zabawny widok człowieka bez spodni. Niespodziewanie nieznajomy krzyknął wyrywając mnie z letargu: - Wiesz, że mogę zrobić wszystko i być kim zechcę!
         Milczałem zaniepokojony. Patrzył prosto w twarz, a jego dzikie spojrzenie mnie paraliżowało. Chwila, w które włożył ręce do kieszeni umknęła mojej uwadze. Rozległ się szelest, brzęk, a potem wyciągnął z kieszeni grzebienie - zielony i czerwony. Myślałem o tysiącu spraw, a on powtarzał: - Mogę być kim zechcę!
         Zaczął czesać rozwichrzoną czuprynę zielonym grzebieniem zamaszyście gestykulując i krzycząc: - Jestem Hitlerem! Po czym przykleił na ślinę angielkę ze skórki od chleba. Nastąpiła chwila konsternacji. Ujął w dłonie czerwony grzebień rojący się u nasady od płatków brudu. Mruczał cicho pod nosem, gdy nagle wykrzyknął: - Teraz jestem biskupem! Przeistaczał się jak woda w wino za pomocą magicznych rekwizytów. Był Stalinem, Matką Teresą, Fidelem, Napoleonem, a nawet Je... Słowa uwięzły w gardle, płuca rozparło powietrze uwięzione w pół wydechu. - To ONI - wyszeptał. Zobaczyłem tylko pielęgniarzy ciągnących nieznajomego w stronę pawilonu. Spokojny i pogodzony zdał się na ich siłę. Postać malała, aż zniknął w drzwiach. Przed snem, zamiast liczyć barany, myślałem o tym, co się wydarzyło. Rano wziąłem grzebień do ręki i pomyślałem: Mogę zrobić wszystko i być kim zechcę.



Proza proza proza..., t. VII, Kraków 2001, s. 122 - 123

Zaraza


         Wschodzące słońce, promieniami ostrymi jak bagnet, cięło powieki jeszcze martwe od snu. Puste korytarze powoli wypełniały się przychodzącymi i opuszczającymi szpital. Jak każdego rana czajnik bulgotał niezrozumiałą melodię, a zapach kawy budził do życia otępiałe ciała. Właśnie minęła siódma - oznajmił ciepły, wydobywający się z radioodbiornika głos. Mówiono o inflacji, strajkach i wydarzeniach, które nas jeszcze nie dotyczyły. Mały wyjątek stanowiło wydarzenie na wschód od Polski. Śpiewny ton spikera oznajmił: Epidemia zbiera żniwo... Nie wiedzieć dlaczego, właśnie ta wiadomość wprowadziła naszą poczciwą Panią Krysię w fazę wielkiego ożywienia. Uśmiechnęła się, a rozwiązany język zakończył erę milczenia. Poprawiła okulary, badawczym spojrzeniem upewniła się, czy na pewno jej słuchamy. - Kilka dni temu tłumaczyłam wnuczce, że w kraju sąsiadującym z Polską wybuchła epidemia cholery. Próbowałam wyjaśnić, iż nie każde brzydkie słowo takim jest, a wszystko zależy od tego, co oznacza. Opowiadałam również o objawach i skutkach, a przede wszystkim - co robić, by uniknąć choroby. Wreszcie stanowczo stwierdziłam: rada jest tylko jedna - musisz bezwzględnie pamiętać o myciu rąk, zaraz po powrocie z miasta czy piaskownicy, a zresztą, najlepiej dbać o higienę zawsze i wszędzie.
         Słuchaliśmy z wielkim zainteresowaniem, bo jak większość opowieści z poranną kawą w herbie, ma ciekawy przebieg, lub co najmniej pointę. Stuknęły filiżanki, atmosfera rozluźniła się. Pani Krysia mówiła dalej: - Wczoraj usiedliśmy do obiadu, jak zwykle jedno miejsce czekało na wiecznie spóźniającego się ojca Karoliny. Kilka chwil później Tomek wbiegł do jadalni, bez chwili namysłu usiadł przy stole. Karolina znudzona podniosła głowę znad talerza i zapytała: - Tata, myłeś ręce? Zdziwienie jego było wielkie: - A dlaczego pytasz? - Bo babcia mówiła, że trzeba myć ręce natychmiast po przyjściu do domu, bo kurwica panuje. Wszyscy parsknęli śmiechem i chociaż kawa nieubłaganie się kończyła, zgodnie stwierdziliśmy, że przestroga odniosła lepszy skutek niż zamierzony, a zarazy - no cóż - były, są i będą.



Proza proza proza..., t. IX, Kraków 2003, s. 74-75

Destrukcja


         Jak zwykle dyżur zapowiadał się pracowicie. Tradycyjnie przesiąknięci krwią, smrodem niemytych nóg czy odorem na wpół przetrawionego alkoholu. Właśnie tak wygląda prawie każdy ostry dyżur. Przed kilkoma minutami wybiła północ. Niestety, nie w szampańskich nastrojach, a znużeni pracą oczekujemy z niecierpliwością na kolejnego pacjenta. Jest - drzwi dawno nie smarowane otwierają się z przeraźliwie przeszywającym skrzypieniem. Z otworu korytarza jak z jaskini wyłania się cały zespół "R". To prawie jak we śnie, czworo czerwonych kapturków i pacjent - niczym wilk albo sęp. W mgnieniu oka dowiadujemy się, że nasz żywiciel to pan Zdzisiu. Jego wygląd nikogo nie napawa optymizmem. Są wstępne oględziny. Oczy mętne, wyłupiaste, przekrwione. Nos prawdziwie orli, podobny trochę do klamki od zakrystii. To nic nie szkodzi, że za kilkanaście minut okaże się, iż jest złamany, bo jak wyniknie ze zdjęcia, to nie pierwszy raz. Cała twarz pokryta łuską z błota i juchy utwierdza nas, że jest mieszkańcem lasu lub innego skupiska drzew. Jego bujna czupryna udowadnia, że człowiek może żyć w symbiozie nie tylko z osobnikami tego samego gatunku. Ręce uzbrojone w szpony tak bardzo charakteryzujące drapieżników. Pozostały jeszcze nogi, których mikroklimat wskazuje bezbłędnie na miejsce z którego wyrastają. Litość w imię służby zdrowia nad biednym i nietrzeźwym pacjentem trwała dopóki nie poczuliśmy woni ekskrementów, rozbudzających zmysły nawet te najgłębiej uśpione.
         Z pełnym przekonaniem zaczynamy doceniać przesłanie, że Człowiek to brzmi dumnie. No cóż, można tak dywagować bez końca, a życie ludzkie trzeba ratować. Nasza maskotka musi dojrzeć, aby poczuł się w pełni Europejczykiem, zostaje odprawiony na "Hawaje". Pomieszczenie jest nieszczególne, małe i ciasne. To, co pozwala je odróżnić od innych, betonowych i bezdusznych gabinetów, to gigantyczna palma z delikatnie pożółkłymi liśćmi od stałego zasilania jej przez rezydentów płynami ustrojowymi. Przez niedopatrzenie Zdzisiek wchłonął resztkę niezarekwirowanej ślepotki i w kilka minut później padł zalany w przysłowiowego trupa. W taki oto sposób dołączył do trzech innych rezydentów zajmujących pomieszczenie o egzotycznej nazwie. Kolejne godziny mijały jakby wskazówki zegara stały w miejscu. Spijaliśmy kolejne kawy, herbaty, nieświadomi tego, co mogą przynieść kolejne minuty, a przywieźć pogotowie. Zaczęło świtać. Ptaki ochoczo śpiewały, grały świerszcze, jednym słowem wszystko co żyło emanowało pozytywną energią. Tylko Zdzichu i jego współtowarzysze zaprzeczali teorii, iż oznaką istnienia jest ruch. Spali w bezruchu powykręcani nienaturalnie, jakby przytulali się do węzła ciepłowniczego. Nastała słynna godzina piąta pięć, główny bohater szeroko otworzył oczy, badając nieufnie grunt wstał, metodą prób i błędów, nie pytając nikogo o drogę, poszedł do toalety. Droga powrotna wydawała się jakby dłuższa, szedł z wielkim wysiłkiem - dwa kroki do przodu trzy do tyłu, opadał coraz bardziej z sił. Gdy dotarł do miejsca swojego spoczynku stanął jak zahipnotyzowany, długo nie mówił nic. Przyglądał się z przerażeniem towarzyszom niedoli i miejscu, w którym się znalazł. Potem odwrócił głowę w moją stronę i zapytał - Panie, co to za destrukcyjne towarzystwo? Usiadł na swoim materacu. Po policzkach spłynęło kilka łez mieszających się z zaschniętą krwią. Jeszcze chwilę coś mamrał pod nosem i zasnął. Może śnił o utraconym domu rodzinnym, beztroskim dzieciństwie, a może w swoich marzeniach sennych tworzył nowy, lepszy świat z miejscem przy gorącym piecu. Kto wie?



Proza proza proza..., t. X, Kraków 2004, s. 55

Samarytanin


         Niejednokrotnie zastanawialiśmy się, ile w życiu każdego z nas może się zmienić w ciągu godziny, czy kilku chwil. Rezultaty takich rozważań zazwyczaj bywały zaskakujące. Właśnie tak było w tym przypadku. Jak zwykle w moich opowiadaniach musi pojawić się pogotowie. Podobnie jak w starych przedwojennych dowcipach w domu zawsze była papuga. I tak oto, nasz wolny czas wypełniła młoda kobieta, pobita - a raczej skatowana - przez swojego własnego, prywatnego męża. Kolory na twarzy przypominały dawno zapomniane z lekcji fizyki przejście światła przez pryzmat. Ręce i nogi podrapane. W dłoniach trzymała kilka zębów. Sukienka przeorana strugami krwi, a tkanina ze wzorzystą wiosenną łączką niestety w drobnych strzępach. Każdego kto był obecny zżerała ciekawość, co doprowadziło do takiej masakry. Kobieta osaczona naszymi myślami i spojrzeniami postanowiła wytłumaczyć swój nieszczególny stan. Bo wiecie, mój mąż, on tak często, nawet nie musi pić, by zrobić awanturę i tak jest nawet trzy razy w tygodniu, ale teraz to już chyba przesadził. Słuchaliśmy w skupieniu, każdy milczał i zapewne myślał, jak długo można tak żyć. Kiedy skończyła opowiadać historię swojego życia postanowiliśmy udzielić kilku dobrych rad. Może by pani zadzwoniła po policję, trzeba zrobić obdukcję, a potem sprawę oddać do sądu, chłopa do więzienia, tam pewnie zmądrzeje i starać się o rozwód. Zawsze to lepiej zacząć wszystko od nowa, aniżeli dać się zabić. Udzielanie dobrych rad przerwał męski gruby głos, wydobywający się z sąsiedniej sali. Szybko poszedłem w stronę basisty. Widać było, że to typ roszczeniowy, wytrząsał się nade mną z wielką rozkoszą. Wrzeszczał głośno, ale mówił powoli gestykulując łapami. Tutaj jest moja żona, macie się nią dobrze zaopiekować, ona jest chora na serce i jak jej się coś stanie, to was pozwę do sądu, albo pozabijam. Z trudem gościa wyprosiliśmy na korytarz. Przekonany o słuszności udzielonych rad zapytałem - Co pani zamierza dalej? Usłyszałem - Nic, przecież ja jego kocham!. Po zwolnieniu pacjentki do domu rozgorzała dyskusja, czy tak ma wyglądać sakramentalne TAK, na dobre i na złe?