Kiedy wystygnie kawa, zgaśnie papieros



         Już w tytułowym wierszu autor, Rafał "Jeżyk" Kasprzak, sygnalizuje o czym będzie ten zbiór wierszy. Będzie to swoisty egzystencjalny dialog ze światem, z samym sobą i wreszcie z kobietą. Wszystkie utwory umieszczone są przeważnie w pokoju Autora, gdzie ważne miejsce zajmują: okno, piec, stół, zegar, świece, lampa i nieodłączna kawa:


W moim oknie
są różne widoki (...)
jeśli zechcę
zamykam pokój.


Przez cały tomik przewijają się pytania o sens życia:


Nie pytaj mnie
o sens istnienia;
Czasami nie wiem
jak żyć;
dlaczego życie jest prozą
i gdzie podziała się poezja.


Autor nie stroni, jak już wspomniałem, od dialogów z samym sobą:


patrzę w lustro
z przekonaniem iż udało się
oszukać czas;
zmywam grzechy dnia
rozmyślając o przyszłości;
zadaję pytania
na które znam odpowiedź.


Oczywiście nie mogło się obyć b e z N i e j:


a potem złożę twarz zmęczoną
w ramionach twych na wieczny azyl.

Ale zaraz pojawia się niepokój:


Znów jesteś zimna (...)
siedzisz skulona w księżycowej łunie


i natychmiast robi voltę w wierszu pt. Lekcja fizyki:


Jak bluszcz
oplatasz mnie udami (...)
siły tarcia odgrywają
coraz większe znaczenie.


         Wiele miejsca poświęca Autor sprawom codziennym, jak choćby w wierszu Rodzinne rozmowy:


W kuchni porządki
pełną parą (...)
cieknący kran
do oceanu zbliża
ot taki dzień
jak co dzień,


czy w innym bez tytułu:


Siedzimy przy stole
naprzeciwko siebie (...)
kawa szybko stygnie
papieros się spala.


         Aby dać przedsmak poetyckiej uczty, jaka za chwilę czeka Czytelników, tak wiele jest wybranych cytatów z utworów, które dają obraz zawartości tomiku. Czasami bowiem dobrze jest aby poezję opisywać właśnie wierszami.
         Jeżeli chodzi o język jakim posługuje się Autor, to trzeba z całą stanowczością stwierdzić, że pomimo swej prostoty, jest to język poezji, a nie wiersza. Bowiem, jak twierdzą teoretycy literatury, nie każdy wiersz jest poezją. Nie ma tu udziwnień, ani pseudofilozoficznej paplaniny.
         W tej poezji, ściszonej, czystej w rysunku, przeważa refleksja intelektualna, sarkazm poznawczy w kreowaniu podmiotu, jego sytuacji psychicznej wobec tradycji, dorobku kulturowego, ambicja diagnostyczna pokolenia wstępującego.
         Te nadzwyczaj dojrzałe, zamieszczone w niniejszym tomiku wiersze cechuje rzadka dyscyplina poetycka, oszczędność słowa, celność obserwacji i głębia refleksji. Jednocześnie utwory te są zapisem poetyckiego budowania, krystalizowania się artystycznego światoobrazu, ukazują drogę, jaką przemierza twórca od zwątpienia do wiary w moc słowa. Poezja ta rozpięta jest pomiędzy problematyką przemijania, a poszukiwaniem właściwego wyrazu dla ludzkiego doświadczenia, dla miłości i zachwytu nad światem. Na szczególną uwagę zasługuje też wyraźne poczucie odpowiedzialności za słowo, czego dowodzą liczne refleksje nad istotą poezji i naturą słowa. Dzięki nim powstaje interesująca refleksja, wyłożona językiem oszczędnym, bezpośrednim, bez ozdobników, dzięki czemu brak tu czułostkowości, sentymentalizmu, minoderii.
         Poezja, która zatrzymuje to, co ulotne. Żartobliwie oswaja zmysły i uczucia. Rozprawia się ze zwodzącym językiem. Nie boi się mówić o miłości i rozczarowaniu. Pełna paradoksów. Odsłania świat z jego radością i bólem.
         Utwory są krótkie, co stanowi nie zarzut ale atut Autora. Niezwykle trudno jest przecież w krótkiej formie zwięźle wyrazić znaczące treści. Dodatkowym atutem są bardzo ciekawe pointy.
         Autor posługuje się wierszem białym, ale dzięki temu, że posiadają wewnętrzny rytm, czyta się je znakomicie. Są po prostu melodyjne. Sporo jest również asonansów, co dodaje im dodatkowego uroku i potwierdza sprawność warsztatową Autora.
Piszę bo codzienność / wciąż odbiera mi mowę, to gorzkie wyznanie Kasprzaka, świadczy, że swoją twórczość traktuje jak najbardziej serio.
         Autor nie kreuje świata, przyjmuje go jakim jest, jednocześnie zastrzegając sobie prawo do polemiki z rzeczywistością. Raport to zbiór dojrzały, to taka bardzo osobista - tak uważam - spowiedź poetycka.
         Będziemy niecierpliwie czekać na kolejne zbiory wierszy Kasprzaka.




Andrzej Krzysztof Torbus




Raport

Bez celu nasiąkam
porannym deszczem
latarnie rozświetlają
jeszcze martwe miasto
chaotyczny szum drzew
rozprasza ptasie trele
w okręgach kałuż
topi się księżyc
pomiędzy kawą a herbatą
umiera człowiek



***

Zimny prysznic
orzeźwia ciało
ciepła struga
pobudza umysł
po centymetrze
zmywam grzechy dnia
rozmyślając o przyszłości
w dłoniach rozmięka
biały jeleń



***

Sen skruszy
ludzkie uczucia
rękę sprawiedliwości
ogarnie bezwład
co przeciw
z Tobą pozostanie
śpij

Zemsta trwa chwilę
lecz gwałtownie
upaja zmysły



***

Układam pasjansa
codziennych spraw
zadaję pytania
na które znam odpowiedź
z każdą odkrytą kartą
coraz więcej wątpliwości
bez względu na wynik
rzeczywistość w fikcję
się nie zmieni



***

Jak mówić by słowo
Słowem się stawało
drzemiące myśli
nieme usta poruszyły

Jak patrzeć okiem bystrym
w otaczającą szarość
gdy wszystko
przez dłonie przecieka

Jak
gdy najczęściej pod górę
a piachem prosto w oczy



***

Dookoła
świat umiera
z parowozu ust
toczy się para
jabłoń traci
resztę owłosienia
kot z uwielbieniem
spogląda w stronę pieca
w domu szerzy się
depresja

Byle do wiosny


***

Zegar bije
leniwą melodię
w światłach lamp
wszechświat umiera
czarny kot przebiegł
komuś przez drogę
czy to pech może
treść przeznaczenia

W moim oknie
są różne widoki
te na wczoraj
i jutro przejrzyste
jeśli zechcę
zamykam pokój
i powracam
w świat rzeczywisty



Wiara

Nie pytaj mnie
co będzie jutro
czy warto
kusić ślepy los
bez planów złudnych
żyć jest trudno
lecz z nimi
to śmiertelna gra

Nie pytaj mnie
o sens istnienia
czy dobrem
zawsze zło zwyciężysz
co powiesz
kiedy armię Pana
wprowadzą aniołowie
w żar piekielny



***

Czasami nie wiem
jak żyć
gdy dzień do dnia
podobny
sen jawą się staje

Patrzę przez okno
i widzę tylko
moje paranoje



***

Zapomnę o tym co nie wróci
utopię smutki w kuflu piwa
lub złotą rybkę złowię
w szklanym ekranie odbiornika

Mam trzy życzenia może więcej
wykrzyczę głośno postulaty
a potem złożę twarz zmęczoną
w ramionach twych na wieczny azyl



***

Jabłka w sadzie spadają
ziemniaki stygną w popiele
gwar rozmów odległy się staje
świerszcz milknie w porannej pościeli

Bocian nisko nad łąką pikuje
sarny w obłokach mgieł się taplają
gdy powrócę do domu z podróży
miasto wszystko omota jak pająk



Rodzinne rozmowy

W kuchni porządki
pełną parą
piwo na gazie
jak chuj się zgrzało
miska plastikiem
się spociła
spod dekla
para uleciała

Jakby gadania
było nie dość
kot ciapy zrobił
na podłodze
cieknący kran
do oceanu zbliża
ot taki dzień
jak co dzień



***

W naszym domu
więcej kątów niż cztery
i piec zimny
bo tylko gazowy
pies się łasi
do samotnej poduszki
i przy stole miejsce
puste wciąż czeka

W naszym domu
wiatr gwiżdże w kominie
na fotelu lampy cień
się wygrzewa
gdy przekręcasz klucz
w zamku ze zgrzytem
choć zmęczona
przynosisz sens bycia



Jesień

Wszędzie widzę śmierć
i ludzi bez twarzy
nawet ty wyglądasz
inaczej niż zwykle

Nocami słyszę głosy
nie za miastem
lecz w mojej głowie
ktoś na waleta mieszka

Nie patrzę w lustro
i tak czuję się nieswojo
aż strach pomyśleć
z kim zatańczę gdy zasnę



***

Wiem tylko z teorii
że chwila rozkoszy
kiełkuje nowym życiem

Kobieta ciężarna
jak pąk
nabrzmiewać zaczyna

Podobno najpiękniejszy
jest moment
gdy rodzi się człowiek

W ekskrementach cierpienia
macierzyństwo nabiera sensu
mimo że świat na głowie staje



***

Siedzimy przy stole
naprzeciwko siebie
dwa różne bieguny
rządzą naszym ciałem
granica lodu
wciąż niepokonana
na równiku uczuć
znów chłodem powiało

Siedzimy wpatrzeni
zaklęci i głusi
kawa szybko stygnie
papieros się spala
coraz bardziej zimni
w swych odświętnych szatach
jesteśmy
jakby nas nie było



***

Po co nam ta hardość
w sprawach bez znaczenia
wymiana słów cierpkich
które nic nie zmienią

Po co kłaść na ostrzu
nerwów zwój splątany
balsamem sumienia
koić rozdrapane blizny

Po co nam to wszystko
zawładnijmy chaosem
wbrew własnej naturze



***

Znów jesteś zimna
jak lód na czarnym stawie
martwy kamień nocą
w serce ciskasz
gdy szukam ciepła
w dołku twej poduszki
siedzisz skulona
w księżycowej łunie
a w smukłych dłoniach
żarem papierosa
rozświetlasz otchłań pokoju
i moje blade niespełnione ciało



Lekcja fizyki

Jak bluszcz
oplatasz mnie udami
unosisz się harmonijnie
wyzwalając energie potencjalną
siły tarcia odgrywają
coraz większe znaczenie
energia kinetyczna spadania
rozbudza wszystkie zmysły
napięcie naszych ciał
maleje do zera



***

Kiedy jesteś wściekła
strach gardło zaciska
padają różne
(nie) cenzuralne słowa
miotasz na oślep
słusznymi racjami
i dym z ust zmęczonych
prosto w oczy ciskasz
a gdy w bezsilności
zasypiasz skulona
czuję że naprawdę
mogę cię pokonać



***

Są we mnie myśli
których się lękam
i sny które nigdy
się nie spełnią
słowa niepotrzebnie
wypowiedziane
burzą ustalony ład
są chwile które nigdy
się nie powtórzą
chociaż jesteś tak blisko



***

Chociaż nie wiem
kim jesteś to dlaczego
snom spać nie pozwalasz
twoja twarz
niejedno ma imię
a słowa wiele
znaczeń mają
jaka jesteś w dzień
i czemu nocą
upiorem się stajesz



***

Na stole zegar
szklanki dwie
zapach perfum
nos rozpiera
w pościeli pukiel
włosów Twych
żeby tęsknotę
w nich ukoić

W płomieniu świecy
oko drży
nostalgia jak ość
krtań rozrywa
dłońmi szukam
kształtów tych
co noc oddaje
a dzień zabiera



***

Piszę o jesieni i mieście
spowitym w wieczornej mgle
o snach o miłości i ptakach
niosących obawę przed dniem

Piszę o znakach na niebie
i życiu co boli na śmierć
i o zemście nieokiełznanej
przez którą sączy się krew

Piszę bo codzienność
wciąż odbiera mi mowę



***

Kupiłem okno
z widokiem na świat
szyba pochłonęła
mowę miasta
uporczywie obserwuję
ulicę
wszystko co widzę
przypomina kiepski cyrk
w fotoplastykonie



***



Ryszardowi Sidorkiewiczowi



Jeszcze kwitną kasztany
i łzy się w oczach kręcą
a wiatr majowy bezwstydnie
zwiał woal niepamięci

Jeszcze gruszki gorące
choć smak dawno przeminął
w popiele topi się słońce
za późno by się zatrzymać



***

Nie wierzę prymasowi
ani prezydentowi
w uczciwość prawicy
i prawość lewicy
nie wierzę spikerowi
oraz psu

Wierzę w jednego Boga
a kiedy umysł mój pijany
język jak cyganka
prawdę ci powie



***

Znów do lamusa
kości niezgody
zbierzemy
topór wojenny
rdzą się na chwilę
pokryje
w zaciszu domu
odrodzą się z prochów
wspomnienia
szczenięcych lat i chwil
beztroskich jak święta

Gdy usiądziemy
przy pachnącym stole
opłatek scali
serca poszarpane
kiedy przeminie
czas świątecznych wyznań
człowiek człowiekowi
znów się wilkiem stanie



***

Gdy słońce zachodzi leniwie
wiatr wściekle mruczy w kominie
w misternym dziele pająka
jak rosa są oczy dziewczyny

Spóźnione ptasie melodie
półsenne świerszczy gadanie
lubię wieczorną ciszę
gdy snem na oczach się kładzie



***

Zaczynaj dzień zanim
ostatnia gwiazda zgaśnie
jedz wszystko nawet wbrew
swoim nakazom moralnym
pal dużo bo cóż jest warte
powietrze którego nie widzisz
pij za teściową i nienarodzonych
niech wzrasta średnia statystyczna

Po prostu
bądź wzorowym konsumentem



***

Nie pytaj jak przetrwać
po co mąż tak mocno bije
i jakie trzeba mieć zdrowie
by ciężko chorować

Nie pytaj czy Bóg istnieje
czemu wiary wciąż ci brak
oraz za jaką kwotę kupić
można godne umieranie

Nie pytaj bo nie odpowiem
lepiej pomyśl i powiedz
dlaczego życie jest prozą
i gdzie podziała się poezja



***

Mój bunt dawno przeminął
ulicę podporządkowała
nowa generacja
bez większych obaw
nadstawiam policzek
z nadzieją ufam przyrodzie
w której bez przyczyny
nic nie przemija

Wierzę że jeszcze zobaczę
twarz prawdziwego człowieka
przez pryzmat
odkształconej rzeczywistości



***

Jest pani taka piękna
jak anioł nie kobieta
chociaż pływam dobrze
boję się utonąć
w głębinach źrenic
letnie słońce odsłoniło
brzoskwiniowe ciało
powoli odpływa rozsądek
szczątkami sił myślę racjonalnie

Czy taka piękna kobieta
może robić kupę



***

Widzę każdą drzazgę
w cudzym oku
słowa wypowiadane
ustawiam w szyku bojowym
cokolwiek uczynisz
wykorzystam przeciw tobie

Zrównoważona pijesz kawę
cukier w atmosferze
przyprawia mnie o mdłości
już wiesz że na jutro
ogłoszono dziesiąty
stopień zasilania

Jedna faza to za mało
by rozpocząć inwazję od początku


***

Wszystko co najcenniejsze
pokrywa pył przemijania
dzień noc źdźbło trawy
zapach i smak pomarańczy
czuły dotyk jego rąk
już nigdy nic się nie powtórzy

Pozostała tylko bryła ziemi
i zimne serce
któremu nie było dane
ogrzać się ostatni raz
w twoich ciągle tętniących
życiem dłoniach


***

Wychodząc z domu
nie wiedziałaś kiedy
i czy w ogóle wrócicie
w mgnieniu oka
świat stanął na głowie
misternie utkane życie
rozsypało się jak szyba

Chociaż jesteś naprawdę
wszystko jest nicością
i ciągle kogoś brakuje
by zaznać odrobinę
szczęścia


***

Główną przyczyną cudów
jest wiara
nawet ta najmniejsza
zaprzeczeniem niebytu
myślenie się staje
syndromem życia
ból
z definicji tylko ruch


***

Mam swoją drogę
świeczkę i ogarek
liście z drzew
coraz częściej opadają
sporadycznie
patrzę w lustro
z przekonaniem iż udało się
oszukać czas


***

Idziesz przed siebie
wśród blasków i cieni
po wschodzie jest zachód
bólu ukojenie

Idziesz przed siebie
choć wszystko przemija
ciągle odnajdujesz sekundy
w których stajesz się człowiekiem


***

Niedzielny poranek
usprawiedliwiał
rozkoszne lenistwo
małżeńska harmonia
grała najpiękniejsze
melodie
z każdym łykiem kawy
wszechświat padał do stóp
na obiad złoty kurczak
łechtał podniebienie

Czar prysnął
gdy na nowy garnitur
padła kość niezgody


***

Aborcja antykoncepcja
za czy przeciw
etyka czy jej brak
lawina pytań
utwierdziła mnie
w niewiedzy

Kilka godzin później
podarowałem szklankę wody
młodocianemu bratobójcy
czy postąpiłem właściwie
będąc zwolennikiem
kary śmierci


***

W cieniu kamienic
za brudną szybą
drzewa zmieniają się
w pomniki cywilizacji
na betonowej skórze miasta
gołębie i wróble
toczą regularną walkę
o okruchy chleba powszedniego


***

Minęła epoka
Muru Berlińskiego
miasta zbudowane
burzone są na nowo
żona w ogrodzie
czyta gazetę
zasadzone drzewo
potomstwa nie czyni
w myśl zasady
buduję dom
myślą mową
uczynkiem i zaniedbaniem


***

Mówisz że kochasz
w sercu tylko Bóg
na życie patrzysz przez
okulary miłosierdzia
homoseksualiści Husajn
alkoholizm i 11 września
to porażka twojego
człowieczeństwa

Jeszcze wczoraj głosiłeś
Żydzi i inni odszczepieńcy
na pal


***

Na pierwszych stronach gazet
w podręcznikach i senacie
sami Żydzi
przeprostowana historia
zatacza błędne koło
z kościołów wieje grozą
u kresu tysiąclecia
na murze przedszkola
martwa Gwiazda Dawida

Patrząc na świat
przez krzywe zwierciadło
wierzę że Bóg się narodził
w Betlejem koło Lęborka


***

Wszystko jest snem
wojny pokoje
Stalin i Matka Teresa
egzystencja mierzona
nasyceniem szarości
otępiła bezwarunkowe
uczucia

Wszystko jest snem
prawdziwe życie
zaczyna się po śmierci


***

Jesteś młody i piękny
potrafisz estetycznie
artykułować myśli
umysł jak gąbka
wchłania nowe informacje
IQ 160 objawiło fenomen
niezbadanego mózgu

Cóż z tego jeżeli twój geniusz
Nie przewidział mądrości życiowej


***

Rozmawiamy o zezwierzęceniu
bezprawiu i praworządności
przytaczamy przykłady
wyrwane z życia
ktoś opowiada o wojnie
molestowaniu dzieci
i topieniu zwierząt
w zawsze wiernej rzece
ktoś inny dodaje że człowiek
jest największą kurwą na świecie


***

Owczy pęd do władzy
nakręca wyścig zbrojeń
miliony dolarów
eksplodują w domach
szarych obywateli
spasiony generał
z patentem na zabijanie
majaczy o pokoju

Na kilka sekund
zamykam oczy
gdy je otworzę
z głodu umrze
kolejny człowiek


***

Gdy pies
zjadł ostatni banknot
męża wyrzucili z pracy
a teściowa zatruwa życie
kup Coca Colę
i poczuj magię świąt


***

Nagłówki gazet
czernią się
terroryzm w teatrze
Bóg Horror Ojczyzna
kolejne wiadomości
pożywką dla mas

Ulepieni z lepszej gliny
niezłomnie walczymy
o prawa zwierząt