KASPRZAK, SYZYF I MORFEUSZ



         Nie rozpieszcza czytelników Rafał "Jeżyk" Kasprzak. Oto bowiem po sześcioletniej prawie przerwie od daty książkowego debiutu ("Ostry dyżur"-1996) zdecydował się na publikację arkusza poetyckiego zawierającego zaledwie piętnaście utworów. No cóż, widocznie częstochowski Poeta hołduje, słusznej skądinąd, zasadzie o prymacie jakości nad ilością. Od reguł wszakże bywają wyjątki i te, myślę, sprzyjają twórczości Kasprzaka.
         Wspomniany przeze mnie "Ostry dyżur" kończył Autor słowami: "Jak zmęczony ptak // opadam z sił(...)", arkusz "Sennik Syzyfa" rozpoczyna zaś od wiersza będącego niejako ich kontynuacją:

jak ptak zraniony
spadam na dno
i z nową wiarą
wciąż powstaję


               (***, Na dworze wiatr...)

         I chociaż Rafał "Jeżyk" Kasprzak przekornie konkluduje w kolejnym utworze, że "nic się // nie zmieniło", to jednak tytułowy Syzyf (obecny przecież, choć bardziej z ducha niż z litery i w poprzedniej książce Poety) zaczyna teraz bytować także w innym wymiarze, wymiarze snu.
         Oddech Morfeusza przenika wciąż do jego jestestwa, staje się jakby drugą przestrzenią życia. A granica realności dzieląca oba te światy jest niesłychanie płynna: "sen martwą naturę // przywraca do życia".
         Skromna objętość arkusza nie sprzyja jednak jego systemowej lekturze, próbie złączenia w całość poszczególnych elementów, próbie rekonstrukcji świata misternie budowanego przez Poetę. Pozostaje nam raczej odczytanie każdego wiersza z osobna, wiersza jako zamkniętej całości i jako wartości samej w sobie. I taką właśnie lekturę "Sennik Syzyfa" Rafała "Jeżyka" Kasprzaka polecam Szanownym Czytelnikom wierząc, że wśród piętnastu utworów znajdą te, które Ich szczerze wzruszą, sprowokują do przemyśleń i własnych refleksji, które Ich autentycznie zainteresują.


Ryszard "Sidor" Sidorkiewicz




***

Na dworze wiatr
przegania liście
krople na szybie
umierają
kawą rozgrzewam
kłęby myśli
muzyka zmysły
uspokaja


A kiedy w ciszy
dom zamiera
słyszę wskazówek
trzepotanie
jak ptak zraniony
spadam na dno
i z nową wiarą
wciąż powstaję




***

Wyznaczyłem czas
na marzenia i sny
podjąłem pracę
czyniąc się wolnym
odnalazłem Boga
dopóki wiary starczy
wierzę chociaż nic się
nie zmieniło




Sen I

W bezruchu ptak
do nieba się wznosi
słońce przysłonił
obłok zmierzchu
w purpurze płótna
umierają drzewa
soczyste trawy
topią się w potoku
żuraw przy studni
schronienia szuka
w oknie księżyc
szklany wschodzi
oczy na chwilę
głęboko zamykam
sen martwą naturę
przywraca do życia


***

Leżysz tutaj samotnie
nie w stajence a w grobie
zapomnieli o Tobie
wszyscy wielcy królowie


Pod płaszczykiem ze śniegu
przemarznięty na grudę
drobne ciało dziecięce
w proch się zmienia i złudę


Leżysz tutaj samotnie
nie w stajence a w grobie
przyjdzie dzień że powrócą
wszyscy Twoi królowie




Neoartysta

Oderwany od rzeczywistości
zmartwychwstajesz
w świecie fikcji
zrywasz więz ze światem
odchodzisz
uprawiając kontrabandę
własnych możliwości




***

Utwierdzam się
w przekonaniu
że zgoda buduje
uczucie łączy lub
dzieli na zawsze
muzyka łagodzi obyczaje
tylko w zaciszu domu
wiara czyni cuda
a brak doprowadza
do nie




***

Na pięć minut
zamykam oczy
bicie zegara
przerywa ciszę
wspomnienia utraciły
kolor i smak


Jesteś owocem
rozebranej soczystej
pomarańczy




Sen II

Kręte schody
prowadzą w nieznane
drży w oknie
szubienicy szkielet
nożem przebijam
serce wartownika
uciekając widzę
drzew soczystą zieleń
w ciemnym pokoju
szala się przechyla
ostatnie słowo
w gardle sznur zaciska
gdy budzisz mnie dostrzegam
cudowną rzeczywistość




***

pamięci Moniki Orzechowskiej

Czajnik już gwizdka
nie wypluje
na obrus wina
nie rozlejesz
drzwi zatrzaśniętych
nie otworzysz
kawę żałobną
sam wypiję


Piwa świeżego
nie nawarzysz
butelki z mlekiem
nie potłuczesz
na grób Twój
białe róże złożę
dopóki w sercu
moim żyjesz




***

Dni coraz krótsze
zadusznych skuł mróz
na wieczną zmarzlinę
i tylko my
w ciszy pochyleni
rozpalamy świece
pamiętając
dopóki nie zgasną



***

W czerwieni miasto
znużone się słania
sen na powiekach
osiadł srebrną nicią
zachodzące słońce
źrenic nie rozszerzy
zakrzepła krew
nie ogrzeje ciała


W półmroku podwórza
pierwszy kogut pieje
kilka łez jak wino
wsiąka w suchą ziemię
z ciała powstałeś
w proch się obracając
wypełnisz Boga
ostatnie życzenie




***

Spotkamy się
na starym mieście
pod Mickiewiczem
zagubieni
dwie dusze serca
dwa zmieszane
zbyt bardzo w siebie
zapatrzeni


Spotkamy się
na rogu ulic
pójdziemy nocą
w dal nieznaną
gdy pierwszą arię
ptak zaśpiewa
zostanie po nas
pamięć




***

Jeszcze białe
kartki
kalendarza
w adresach bohaterzy
wyklęci ze spisu ulic
numer stopy stan
konta pod kreską
kalendarz stuletni milczy
jakby nic się nie wydarzyło




***

Została gorycz chwile
wymieszane z miodem
zaciera piasek czasu
codzienność wydała
owoc niepewności


Z każdym przebudzeniem
odnajduję dziś




***

Zakładam płaszcz
odejść czas
nie rozwikłane sprawy
zawiążę jak sznurówki
zostawiam błota ślad
zamykam drzwi
dźwigając krzyż
na drogę
rzucasz przez okno
mięsem