Zdzisław Wichłacz
Urodził się w 1946 roku w Polsce. Magister filozofii, dziennikarz, publicysta. Absolwent Wydziału Humanistycznego Instytutu Filozofii UMK w Toruniu. Wieloletni reporter tygodnika Kujawy. Autor reportaży o tematyce społeczno-obyczajowej, a także esejów filozoficznych i utworów poetyckich. Założyciel i redaktor naczelny czasopisma Aspekty Filozoficzno-Prozatorskie. Uczestnik seminarium doktorskiego z etyki i aksjologii przy Instytucie Filozofii UMK, projektowany temat pracy: Etyka środków masowego przekazu. Od wielu lat bierze udział w konkursie światowej fotografii prasowej World Press Photo w Holandii. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej (Oddział Kujawsko-Pomorski w Bydgoszczy) oraz Międzynarodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy – International Federation of Journalists w Brukseli.

Więcej twórczości autora można przeczytać na: www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_25392.shtml http://www.gazetagazeta.com/artman/publish/article_25466.shtml

Aspekty Filozoficzno-Prozatorskie w Witrynie Czasopism www.katalog.czasopism.pl/index.php/Aspekty_Filozoficzno_-_Prozatorskie


   aspekty@ino.pl


Wyznania milczącego zegara

(...) Ale jak brzmi prawda? Prawdziwa mowa tego ściennego zegara. Zegara, z którego jakby uszło życie. A może to tylko złudzenie? Zaiste...

         Późne, pogodne popołudnie. Do pokoju wlewa się nastrój schodzącego już dnia. Mimochodem, opierasz zmęczony wzrok naprzeciw, na ścianie z zimowym pejzażem w lakierowanej ramie i białej obok tarczy starego, wiszącego zegara. Ostre groty jego wskazówek powiadają, że właśnie jest godzina czwarta.
         Lecz, gdy po chwili żadna z nich nie poruszy ci się, ani na jotę nie przetnie linii łapczywego wzroku obserwatora, nie zmieni swego położenia, pokazując uparcie ciągle godzinę czwartą i znów, i znów czwartą... Pobudzona wyobraźnia odnotuje prędko, że on już nie przemówi, że oto pewnie zatrzymał się tu czas. A jego cokwadransowa wyliczanka: Susan; Susan; Susan,..., zalega jedynie w ludzkiej pamięci. Stary zegar milczy to i czas stoi w miejscu.
         Ale jak brzmi prawda? Prawdziwa mowa tego ściennego zegara. Zegara, z którego jakby uszło życie. A może to tylko złudzenie? Zaiste...
         Starczy bowiem uwolnić myśl, choćby pójść za wzrokiem dorastającej dziewczynki z fotografii na kredensie i pobieżnie zajrzeć w kąciki pokoju. I już wiesz, że ów zastygły, ścienny, zegarowy mechanizm, opowiada jednak nadal swe dzieje. Żyje. Jednak żyje! Wszystko zależy więc od ciebie. Słyszysz??... A teraz?...
         A więc już pewnie wiesz, o czym mogła opowiadać przed laty Pani Telimena z portretu zawieszonego na ścianie, gdy o zmierzchu, jak dzisiaj, wirowało przed jej oczyma ociężałe wrzeciono kołowrotka. Ustawionego teraz tu, ukośnie przy drzwiach pokoju, z namysłem, by nie potrącił go czasem jakiś nieuważny gość tego domu. Albo co gorsza, nie wywrócił obok wazonika z polnymi kwiatami, które widać podobnie jak leżącą obok bezwładnie stalową podkowę, zatrzymał tu ktoś na szczęście, dla przywoływania chwili. Dla wyrwania może późną porą paru wspomnień, zalegających zawsze gdzieś na dnie człowieczej egzystencji.
         Wystarczy odjąć od ust filiżankę wystudzonej herbaty, a zegar odkrywa już przed tobą tajemnice czasu, sensu. I nie pyta o nic. A ty przecież znów wiesz, że zwisające bezwładnie jego wahadło, z dużym okiem u dołu, wypatruje tu nieustannie jakiejś chwili.
         Albo jakiejś wrażliwej duszy, która wprawi je w ruch. W niezbędny ruch. Oczekuje jakby dotyku, krótkiego momentu być może, kiedy będzie mógł znów dogadać się z płynącym czasem. Kiedy do życia porwie się znów, tykającą melodią stalowych zębatek, wiszący sobie w ciszy, zegarowy mechanizm.
         By na powrót mógł swobodnie snuć historię domowników. Przypominać im, że człowiek i zegar, to nierozłączni przyjaciele. W swej istocie trwania - są jednią. Skuci łańcuchem czasu, pętlą czasu, historią. Miarowo odmierzają swoje kroki, swoje losy. I nie ma na to rady. I on o tym wie. On - milczący stary zegar bez ruchu.
         Zegar i człowiek zatem. Los i pętla czasu. Nierozerwalna materia świata, istnienia, bytu. I aż wydziera ci się z gardła, że oto zwyczajnie; człowiek bez zegara i zegar bez człowieka istnieć nie mogą. Są skazani na siebie. Jak galernicy z pokładu sunącego za horyzont okrętu. Zawsze wprzód, nigdy wstecz. Nigdy też pod czas.
         On przeto wie swoje, że i tak czas go nie prześcignie. Uwięził go w tym nieruchomym oku swego wahadła i trzyma. I nie chwali się tym na zewnątrz. Zastygły udaje, że niby ze zmęczenia zmrużył to swoje wielkie oko. To jakby jego prawo czy co? Prawo czasu, prawem zegara?! Właśnie tak a nie odwrotnie.
         Może zdarzenia jakie notowało tu, w tym przytulnym zaciszu, owo tajemnicze oko wpisane na zawsze w smukłą linię wahadła, wyprowadziły z niego czas? Może ich dramaturgia pobiegła ponad jego wskazówkami tak szybko, że cała ta stuletnia konstrukcja musi teraz zwyczajnie poczekać, odpocząć, by znów móc się poruszyć i iść dalej. Miarowo, powoli, w drogę. W nieznane.
         Zupełnie jak jego twórca przed laty. Stary, dobry zegarmistrz, doglądający zapewne i dzisiaj, gdzieś tam z mrocznej już otchłani minionego wieku - swego dzieła. Z początków 1894 roku. Ile jednak prawdy w tych zwierzeniach, nie wie do końca nikt. Autor tego tekstu także. Ale jeśli kogoś tu, choćby przez chwilę nie zawiodła pamięć, to może...



Revue d'art et de littérature, musique, 2009, nr 52-53



Cień wróżki

Miałem napisać wiersz o barwach wernisażu
Metafizyce wydm rozlanych na ścianach galerii
O życiu i o przemijaniu
Lecz...
Wyrwała mi go pewna Czarodziejka

Przelotna chwila w kobiecych kształtach
Wrażliwa na kolor dnia
Nim atrament splamił kartkę papieru
Odeszła, zniknęła

Jakby rozwiał ją słony wiatr
Bez oddechu, bez słowa, bez...
Jak zieleń liścia w jesiennym Słońcu

Został tylko tytuł i smak gorącej czekolady
I skłębione myśli nad szklanym pucharem
Na dnie błękit atramentu, biel kartek papieru
Przecież...
Miałem napisać wiersz

[25 maj 2002r.]



Silentium ecce

Z Modlitwy dziewicy
Łkaniem spływa
Po skrzydle fortepianu

I z tarczy księżyca
Wypatrzona o świcie
Zielenią oczu pewnej Czarodziejki

To znów z zapachem kwiatów
Skradziona dotykiem dziecka
Na progu wiosny

Albo z porywem uczuć
Wylana w uścisku
Zapodzianych kochanków

Cisza...
Po prostu...
Samo dno dźwięków

Silentium ecce
Rozpisane na głosy
Słyszysz?

No to już wiesz
Jak brzmi muzyka hajasi
Na balu poplątanych zmysłów

Gdzieś tam nocą
Pomiędzy słowami
Z przelotną chwilą
Na makowej równinie...

[listopad 2002r.]



Coraz jesienniej

W parku
Pożółkłe liście
Szeleszczą o jesieni

Zapłakana Pani
Opowiada deszczem
Jak to właśnie
Tkać zaczyna
Swój biały szalik
Z cieniutkich włókien
Poszarpanej mgły

[październik 2002r.]



Uroda jesieni

Żółtolistny płaszcz
W mlecznym kokonie
Nad ziemią

Oto jesień
Pracowita prządka
W długich warkoczach
Z porannych cieni

Siada sobie
Niczym przed lustrem
Pod wierzbą
To znów pod pniem dębu

I upinając błękitem
Swoją zwiewną sukienkę
Wyczekuje
Twoich Szeptów
Naszych westchnień
Przedświtów

[październik 2002r.]